fot. archiwum prywatne

„Powinniśmy rozmawiać o częściach intymnych i je nazywać, żeby dzieci wiedziały, co mają między nogami” – mówi Ewa Kostoń, prezeska fundacji „Nie wierzę w bociana”

– Najważniejsze, aby akceptować i cieszyć się swoim ciałem, a do tego potrzebne jest również nazewnictwo, które lubimy. Mamy do wyboru różne opcje, np. cipka, z którą coraz więcej osób się oswaja, oraz mało popularne wulwa czy joni. I fajnie, jakby kilkunastoletnia dziewczynka znała wszystkie te nazwy, a używała tych, które lubi – zwraca uwagę Ewa Kostoń, pedagog, autorka strony „Nie wierzę w bociana” poświęconej seksualności wieku rozwojowego.

Ewa Podsiadły-Natorska: My, rodzice potrafimy rozmawiać ze swoimi dziećmi o narządach płciowych?

Ewa Kostoń: Raczej nie. Zresztą to nie jest tak, że siadamy i rozmawiamy ze swoimi dziećmi tylko o narządach płciowych. W ogóle nie wyobrażam sobie takiej rozmowy. Taka rozmowa powinna odbywać się „przy okazji”, np. podczas czytania książeczek o różnicach płciowych czy podczas zabawy, układając wspólnie puzzle przedstawiające anatomię człowieka. Kiedy u kilkulatka pojawia się zainteresowanie płcią, gdy uczymy nazw części ciała, ważne jest, aby nie pomijać miejsc intymnych i nie traktować ich jako tematu tabu. Niektórym rodzicom wydaje się, że ta wiedza dziecku nie jest jeszcze potrzeba, że przyjdzie na nią później czas. Z kolei część dorosłych uważa, że rozmawianie o intymnych częściach ciała może rozbudzić w dzieciach jakąś niezdrową ciekawość w sferze seksualnej.

A to nieprawda?

Nieprawda. Bardzo często dorośli pewne zachowania czy zainteresowania dzieci w obrębie seksualności odczytują przez pryzmat własnych doświadczeń seksualnych. A dziecko w wieku przedszkolnym chce po prostu zaspokoić swoją ciekawość, więc w zainteresowaniu własną cielesnością i płciowością nie doszukiwałabym się niczego głębszego.

Może jako rodzice wstydzimy się rozmawiać z dziećmi na ten temat?

Możliwe, choć moim zdaniem to bardziej kwestia braku umiejętności i wiedzy. Wielu dorosłych ma problem z nazywaniem intymnych części ciała „po imieniu”. A skoro mówimy noga, ręka, głowa – tych nazw przecież nie zmieniamy – to części intymne również powinniśmy określać prawidłowo: penis u chłopców, srom u dziewczynek. Rodzicom jednak te słowa często nie mogą przejść przez gardło, zwłaszcza gdy chodzi o zewnętrzne żeńskie narządy płciowe.

Szczególnie ze słowem „srom” jest kłopot. Podczas warsztatów, które prowadzę, spotkałam się z osobami, które nie chcą używać tego określenia, bo źle im się kojarzy, część zna również etymologię tego słowa, więc pojawia się dodatkowy opór. Podobnie starszym dzieciom w wieku szkolnym – wiadomo, z jakim innym słowem kojarzy im się „srom”. Trudno namawiać kogokolwiek do tego, by używał słów, których nie lubi i które budzą w nim niewłaściwe skojarzenia.

Można wtedy użyć zdrobnień?

Tak, jeśli rodzicom trudno używać prawidłowych, medycznych określeń, można używać eufemizmów. Ucząc różnych nazw części ciała, nie skupiałabym się szczególnie na narządach płciowych, ale też bym ich nie pomijała. Jestem zwolenniczką, żeby dzieci znały prawidłową terminologię płciową, ale jeśli wolimy używać zastępczych określeń – eufemizmów – to też jest okej. Pamiętajmy, że najważniejsze, aby akceptować i cieszyć się swoim ciałem, a do tego potrzebne jest również nazewnictwo, które lubimy. Mamy do wyboru różne opcje, np. cipka, z którą coraz więcej osób się oswaja, oraz mało popularne wulwa czy joni. I fajnie, jakby kilkunastoletnia dziewczynka znała wszystkie te nazwy, a używała tych, które lubi.

U chłopców „siusiak” jest w porządku?

Tak, siusiak u chłopców lub siuśka u dziewczynek. Nazwy kojarzą się dzieciom z funkcjami, które pełnią. Mam takie doświadczenie, że kiedy pytamy o nazwę zewnętrznych narządów płciowych u chłopców, to ani chłopcy, ani dziewczynki nie mają problemu z ich nazywaniem. Wszyscy wiedzą, że chłopcy mają siusiaki; pojedyncze osoby znają prawidłowe określenia typu penis. Natomiast gdy pytamy, jak nazywają się intymne części u dziewczynki, to robi się cisza, dzieci zaczynają się śmiać. Padają odpowiedzi typu „pupa”, pojawiają się eufemizmy, zdrobnienia, czasami pojawi się „cipka”. W tym obszarze są większe braki. Tym bardziej powinniśmy rozmawiać o częściach intymnych i je nazywać, żeby dziewczynki wiedziały, co mają między nogami – i żeby nie mówiły, że jest to pupa, tylko np. cipka. Pamiętajmy, że prędzej czy później dziecko zetknie się z wulgarnymi określeniami części intymnych, a nam, rodzicom powinno zależeć, aby ten moment uprzedzić.

Mój 6-letni syn twierdzi, że dziewczynki mają „didki”. Jak powinnam reagować?

Ja bym podpytała, gdzie i od kogo usłyszał to określenie, może nie zapamiętał nazwy, bo jej wcześniej nie słyszał, a samo słowo kojarzy się trochę z cipką.

U dzieci w wieku przedszkolnym słowotwórstwo jest popularne. W takiej sytuacji najlepiej poprawić dziecko, użyć prawidłowego określenia – srom lub cipka. Można wyciągnąć książeczkę albo puzzle przedstawiające anatomię człowieka, może ktoś ma lalkę z cechami płciowymi, i nazwać te części ciała.

Ze starszym dzieckiem możemy porozmawiać o tym, że są słowa medyczne, których używa lekarza, a my w domu używamy innego nazewnictwa. Tak sobie myślę, że dobrze by było, aby rodzic zastanowił się, dlaczego wybiera eufemizmy, jakie ma relacje ze swoim ciałem; czy nie jest tak, że jakaś sfera intymna jest dla niego tabu.

A mnie ciekawi inna kwestia. Jako matka często spotykam się z przekonaniem, że o męskich narządach płciowych z synem powinien rozmawiać ojciec. Zgadza się z tym pani czy nie należy robić takich podziałów?

Rzeczywiście czasem łatwiej jest mężczyznom komunikować się ze swoimi synami, a matkom z córkami, ale to raczej dotyczy nastolatków. Wynika to po prostu z faktu, że mamy pewne doświadczenia z własnym ciałem, którymi możemy się podzielić. Natomiast uczyć nazw zewnętrznych części ciała, również tych intymnych, może tato córkę czy mama syna, a nawet starsze rodzeństwo. Na tym etapie nie jest to jakaś wiedza tajemna, ale podstawowa. Jeśli natomiast mamy problem z używaniem prawidłowej terminologii, to warto po prostu poćwiczyć przed lustrem. Przecież ona nam się przyda podczas wizyty kontrolnej u ginekologa, urologa czy podczas rozmów z partnerem/ o potrzebach seksualnych.

Kąpanie się razem z dziećmi może być formą oswajania ich z nagością i płciowością? Wiem, że opinie są skrajne.

Tak, ale pamiętajmy, że normy dotyczące nagości bardzo się różnią. Wiele zależy od rodziców. Jak my się z tym czujemy? Czy jest to dla nas okej? Dziecko, które ma możliwość oglądania swoich bliskich nago np. podczas kąpieli, przebierania się, poznaje budowę ciała osoby dorosłej i dziecka. Ale są rodziny, w których normy dotyczące nagości są bardziej restrykcyjne. Rodzice zawsze przebierają się w pomieszczeniach, w których dziecko nie przebywa. Wtedy dziecko, np. jeśli jest jedynakiem, nie ma okazji poznać, jak wyglądają części intymne płci przeciwnej i może uciekać się do podglądania osób dorosłych lub rówieśników w toalecie. Wszystko po to, aby zaspokoić swoją ciekawość. W takiej sytuacji rolą rodzica jest dostarczenie dziecku rzetelnej wiedzy, np. oglądając i czytając wspólnie książeczkę o ciele. Pamiętajmy, że w rodzinach bardziej liberalnych normy dotyczące nagości również ulegną zmianie wtedy, kiedy dziecko zacznie wkraczać w okres wczesnoszkolny, a potem nastoletni.

W przedszkolu chłopcy często zaczynają żywo interesować się swoimi penisami. To też jest w porządku?

Jak najbardziej, zainteresowanie swoją płciowością mieści się w normie rozwojowej. Nie tylko chłopcy interesują się swoimi genitaliami, również dziewczynki są ciekawe. U młodszych dzieci, np. 2-letnich, mogą pojawić sytuacje, podczas których dziecko wkłada palce czy małe przedmioty w różne otwory w ciele, np. do nosa, ucha czy cipki. Chłopcy z racji tego, że ich część układu płciowego jest bardziej widoczna, szybciej i częściej się nim interesują, u dziewczynek części te są bardziej zakryte. Dziewczynki potrzebują więcej czasu na ich poznanie.

Pamiętajmy również o tym, że w okresie przedszkolnym mogą pojawić się zachowania autoerotyczne, bo podczas poznawania swojego ciała dzieci odkrywają, że dotykanie intymnych części może być przyjemne. To czas, kiedy przedszkolaki mogą zacząć bawić się w doktora albo wzajemnie się podglądać.

Co ma zrobić rodzic, kiedy „przyłapie” dziecko na dotykaniu się albo innych zabawach o charakterze seksualnym?

Na początek proponuję wziąć kilka głębokich wdechów. Na pewno nie krzyczymy, nie wpadamy w złość, nie zawstydzamy dziecka. Możemy w ogóle nie zareagować, tylko wyjść z pomieszczenia. Problem może się pojawić, jeśli zachowania autoerotyczne mają miejsce w miejscu publicznym, np. w przedszkolu, i nauczyciel nie wie, jak zareagować. Trzeba wtedy na spokojnie podejść do sprawy. Może trzeba skupić się w tym momencie na wyjaśnieniu dziecku, czym jest prywatność. Z drugiej strony ważne, aby dziecko wiedziało, że ciało należy do niego i nikt nie ma prawa go dotykać w sposób dla niego nieakceptowalny (na pewno należy porozmawiać o wyjątkowych sytuacjach, takich jak wizyta u lekarza, stomatologa, szczepienie, pobranie krwi). Rozmowa o płciowości, cielesności oraz umiejętności wyznaczania granic to ważna lekcja.

Słyszałam o karach za zabawy w doktora czy zachowania autoerotyczne.

Nie wolno tego robić! Nie możemy wzbudzić w dziecku strachu, bo to może rzutować na jego rozwój psychoseksualny. W obawie przed karą dziecko może takie zachowania zacząć ukrywać. Jeśli jakaś czynność dziecka wzbudza u rodzica niepokój, polecam sięgnąć po fachową literaturę, z której możemy dowiedzieć się, jakie zachowania seksualne mieszczą się w normie rozwojowej, a które powinny nas zaniepokoić i należałoby je omówić ze specjalistą. Sam fakt spotkania się z psychologiem może rozwiać nasze obawy.

Ewa Kostoń – pedagog, prowadzi fundację „Nie wierzę w bociana”, która zajmuje się działaniem na rzecz edukacji zdrowotnej oraz upowszechnianiem wiedzy z zakresu ludzkiej seksualności. Swoje działania skupia głównie wokół wychowania seksualnego. Prowadzi blog www.niewierzewbociana.pl, jest autorką strony www.test-hiv.pl poświęconej profilaktyce w zakresie HIV/AIDS.

    Sprawdź powiązane tematy