Jak mądrze wspierać swoje dzieci, mówi psycholożka Marta Siepsiak

- Człowiek buduje swój obraz w oparciu o to, co słyszy od rodziców. Zdarza się, że do psychologa zgłaszają się rodzice z dziećmi, które mają niskie poczucie własnej wartości, mało pewności siebie. W takim przypadku często, ale oczywiście nie zawsze, to rodzic będzie miał najwięcej pracy do wykonania, nie dziecko. To rodzice spędzą najwięcej czasu w gabinecie – mówi psycholożka Marta Siepsiak.

Klaudia Kierzkowska: Rodzice, odbierając dziecko ze szkoły, często od razu zaczynają „przesłuchanie” – byłeś grzeczny, zjadłeś kanapki, jak sprawdzian? Jak to wpływa na psychikę i samopoczucie dziecka?

Marta Siepsiak: Każdy ma swój styl rozmowy i komunikacji z dzieckiem, ale niezależnie od wszystkiego, musimy dać dziecku przestrzeń. Rodzic i dziecko spotykając się często po całym dniu, „wychodzą” nagle z dwóch różnych światów, w których oboje mogli przeżywać niepowodzenie, radość, zazdrość, frustrację, ekscytację. Rodzic, odbierając dziecko ze szkoły, zastanawia się – jak sprawdzian. Tymczasem mógł on być na pierwszej lekcji, co dla dziecka było dawno temu. A tu nagle zaczyna się odpytywanie… Dzieci tego nie lubią, starsze czasem czują żal, że rozmowy z rodzicem są serią nieprzyjemnych pytań i rozkazów. Czasami po prostu nie wiedzą, jak na te pytania odpowiadać, bo mają w szkole znacznie więcej ciekawszych i (z ich perspektywy) poważniejszych rzeczy od zjedzenia kanapki, czy nawet zaliczenia sprawdzianu. Szkoła to nie tylko zaliczenia, ale również, a może nawet przede wszystkim – rówieśnicy i życie społeczne.

Marta Siepsiak / fot. archiwum prywatne

To chyba niejedyne pytania, od jakich rodzice zaczynają rozmowę?

Oczywiście, że nie.

Rodzice często zaczynają rozmowy od pytań w stylu: „nie bałaś się pójść do pani?”, „czy on znów cię uderzył?”, „gdzie cię uderzył, pokaż!”, „bolało mocno?” Taki styl rozmów jest bardzo widoczny w szczególności u dzieci i rodziców z wysokim poziomem lęku. Rozmowy te mają niestety ogromny wpływ na kształtowanie się młodego człowieka, ale też nasilają i podtrzymują zaburzenia lękowe. Zadając takie pytanie, kierujemy uwagę dziecka na te negatywne rzeczy, uczymy je „wyłapywać” wszystko, co złe, co się nie udało.

Czasami rodzic jest tak skupiony na niebezpieczeństwach i lękach, że paradoksalnie, całkowicie przez przypadek prowadzi dziecko prosto w zaburzenia.

Takimi pytaniami sprawiamy, że rośnie w dziecku poziom napięcia?

Dokładnie. Nie chodzi o to, żeby nie rozmawiać o trudnych rzeczach! Trzeba rozmawiać o wszystkim. Tylko właśnie – rozmawiać, a nie przepytywać.

Jak powinno wyglądać takie dobre i „prawidłowe” przywitanie?

Jestem bardzo daleka od instruowania rodziców, jak powinno wyglądać powitanie czy inne zachowania. Nie jesteśmy robotami. Trzeba zauważać i pytać o emocje dziecka, „czy mi się wydaje, czy cię coś martwi”, „widzę, że masz dużo energii”. Nie zapominajmy tutaj o swoich emocjach. Jeśli rodzic da dziecku przestrzeń, zbuduje zaufanie (które buduje się od pierwszego dnia życia dziecka, albo i wcześniej, a nie jak dziecko idzie do szkoły czy zaczyna mieć niesprzyjające towarzystwo), może się okazać, że dziecko ma do powiedzenia coś znacznie ważniejszego niż to, czy zjadło kanapkę.

Czego w roku szkolnym potrzebuje dziecko od swoich rodziców?

Banałem będzie, kiedy powiem, że potrzebuje wysłuchania, zrozumienia, ciepła, czy po prostu bycia obok, bo dziś to już jest chyba wiedza powszechna. Z drugiej strony, rodzic też ma swoje limity i potrzeby i jeśli o nie nie dba, to oczywiście nie pozostanie obojętne to dla dziecka i rodziny.

Ważniejsze są słowa czy czyny? Większe znaczenie ma to, co powiemy, czy to, co zrobimy dla naszego dziecka?

Dzieci w pewnym momencie zaczynają wyłapywać wszystkie niespójności pomiędzy tym, co dorośli mówią, a co robią. To część kryzysu rozwojowego starszego dziecka i nastolatka.

Młodsze dzieci, pomimo ograniczeń w rozumowaniu przyczyna-skutek, bardzo szybko zauważają, że mogą całkowicie zignorować groźby rodzica w stylu „jak tam wejdziesz, to schowam ci zabawki na cały rok”. Dziecko wie, że rodzic i tak tego nie zrobi.

Rozpoczęcie roku szkolnego, zarówno w szkole, jak i przedszkolu, wiąże się z wieloma emocjami, często przykrymi. Rodzice często starają się zrobić wszystko, by tylko dziecko nie reagowało płaczem. To chyba nie jest słuszne podejście?

Płacz jest normalną reakcją dziecka na stres, dyskomfort, niepowodzenie. Jest jakimś komunikatem. Im młodsze dziecko, tym mniejsze ma umiejętności radzenia sobie z emocjami i na poziomie poznawczym (nie wie, co może zrobić z emocjami, nie rozpoznaje ich, nie wie, czemu się tak czuje) i fizjologicznym (jego układ nerwowy dopiero dojrzewa), dlatego częściej po prostu płacze. Wtedy najlepiej przy dziecku być i zachować spokój. Pozwólmy na płacz, bo to sposób regulacji emocji. Pamiętajmy jednak, że przeciąganie pożegnań w przedszkolu czy szkole nie jest dobrym pomysłem, może nakręcać emocje. Jeśli pojawią się trudności z adaptacją, to zawsze musimy spojrzeć na to indywidualnie – czy dziecko miało czas, żeby się zaadaptować, czy rodzic sam jest gotowy i swoją postawą pomaga dziecku w rozstaniu.

Czy robić wszystko, żeby nie płakało? Jak płacze to znaczy, że chce coś przekazać. To nie jest czas na dyskutowanie, omawianie problemów i szukanie rozwiązań, tylko na zatrzymanie się. Jeśli wiemy, że w danej sytuacji dziecko płacze, to wiemy, że ta sytuacja z jakiegoś powodu jest stresująca i nie z płaczem trzeba tu „walczyć”. Musimy dojść do źródła problemu i pomóc dziecku poradzić sobie z sytuacją, oswoić się z nią, zaspokoić potrzeby. Nie straszymy, nie wypytujemy o najgorsze jej strony, nie kierujemy uwagi na wszystko, co nieprzyjemne. Szukamy dobrych stron i w sytuacji i w dziecku. Przykładowo próbujemy z dzieckiem dojść, jakie umiejętności, które posiada, mogłyby pomóc mu poradzić sobie z sytuacją.

Jak reagować, gdy dziecko płacze i nie chce pójść do szkoły?

Z jednej strony faktycznie jest tak, że, jak dziecko nie przepada za szkołą i w domu czuje się lepiej, to szybko uczy się, że „mamo, boli mnie brzuch” – działa. Jeśli wzmocnimy unikowe zachowanie dziecka, to będzie się ono powtarzać, takich poranków będzie coraz więcej. Nie chodzi jednak o to, żeby na siłę wypychać dziecko do szkoły.

Musimy dowiedzieć się, dlaczego nie chce do niej chodzić. Czy tam dzieje się coś, z czym sobie nie radzi? Czy ma koleżanki i kolegów? Może pojawiły się trudności w nauce? A może właśnie w ten sposób dziecko szuka kontaktu z rodzicem, bo na co dzień widzą się tylko przy śniadaniu i zasypianiu.

„Odcięcie od nowych technologii zostawiłbym na jedną okoliczność – kiedy widzimy, że dziecko naprawdę przegrywa swoje życie”. O higienie cyfrowej i zdigitalizowanym dzieciństwie mówi dr Maciej Dębski

Polecamy

„Odcięcie od nowych technologii zostawiłbym na jedną okoliczność – kiedy widzimy, że dziecko naprawdę przegrywa swoje życie”. O higienie cyfrowej i zdigitalizowanym dzieciństwie mówi dr Maciej Dębski

Czytaj

W niektórych przedszkolach dużą popularnością cieszy się piosenka „kto jest beksą i mazgajem, ten się do nas nie nadaje”. Takie słowa nie pomagają w adaptacji.

Fragmenty starej wersji tej piosenki są bardzo krzywdzące. Uczą, że emocje są złe, ale co moim zdaniem najgorsze – zachęcają dzieci do przemocy, do śmiania się z innych dzieci, do wykluczania z zabawy. Osobiście lubię tę piosenkę i nie wyobrażam sobie bez niej przedszkola, ale na pewno bez tych niefortunnych wersów. Najlepiej brzmi w wersji unowocześnionej, którą przygotowała pani Ola Żabińska i Beata Jasińska.

Jak dzieciom skrytym i nieśmiałym dodać pewności siebie?

Człowiek buduje swój obraz w oparciu o to, co słyszy od rodziców. Zdarza się, że do psychologa zgłaszają się rodzice z dziećmi, które mają niskie poczucie własnej wartości, mało pewności siebie. W takim przypadku często, ale oczywiście nie zawsze, to rodzic będzie miał najwięcej pracy do wykonania, nie dziecko.

To rodzice spędzą najwięcej czasu w gabinecie. Takie komunikaty jak „ty jesteś leniwy i nic z ciebie nie będzie”, czy „uważaj na siebie, bo ty jesteś bardziej chorowity niż inne dzieci i znów się przeziębisz” kształtują sposób myślenia o sobie. Jestem leniwy? To trudno, już tak mam, nic nie poradzę. Jestem głupi? Ok, to po co mam się uczyć, skoro i tak się nie nauczę? Jestem chorowita? Ojej, znów mnie zakuło w nodze, nie mogę biegać jak inne dzieci. Dzieci uczą się, naśladując dorosłych lub inne, ważne dla nich osoby. Niektóre cechy dzieci dziedziczą po rodzicach, dlatego warto zwrócić uwagę na to, jak „ma” rodzic. Oczywiście nie każdy musi być przebojowy, od razu zdobywać tłumy kolegów. Introwersja to nie zaburzenie.

Jak wzmocnić w dziecku wiarę we własne możliwości?

Dostrzegać to, co dziecku się udało.

Budować przekonanie, że różnych rzeczy może się nauczyć, że z każdym kolejnym razem wyjdzie lepiej, że porażki są naturalną drogą do sukcesu. Powinniśmy unikać budowania wartości dziecka na rzekomo wrodzonych cechach, których nie da się modyfikować.

Dzielnie rano wstaje, z podniesioną głową idzie do szkoły, wraca z uśmiechem, nie marudzi i nie grymasi – marzymy, by nasze dzieci takie były, bo wierzymy, że takie dzieci są szczęśliwe…

Zastanówmy się, czy my, dorośli, jesteśmy zawsze tacy doskonali, zawsze mamy energię i pracujemy na 100 proc.? I czy to, że czasem mamy inaczej od razu oznacza, że jesteśmy nieszczęśliwi? Czy zawsze wszystko robimy od razu, nie marnujemy nigdy czasu na seriale, a do domu wracamy z listami pochwalnymi od szefa? Chyba nie, więc nie oczekujmy tego od dzieci. To nie są miniaturki dorosłych i naprawdę nie mają takich samych możliwości emocjonalno-poznawczych jak dorośli. Ale jak wszyscy ludzie mają swoje preferencje, słabości i gorsze dni.

 

Marta Siepsiak – psycholożka, terapeutka dziecięca, muzykoterapeutka, psychoterapeutka w trakcie szkolenia poznawczo-behawioralnego. Praktyk i badaczka, doktorantka na Wydziale Psychologii UW, gdzie prowadzi m.in. ćwiczenia z psychologii rozwojowej. Kierowniczka projektów naukowych dotyczących nadwrażliwości na dźwięki u dzieci i dorosłych. Pracuje z dziećmi, młodzieżą i ich rodzinami.