fot. archiwum prywatne Marlena Ewa Kazoń

„Te dzieci nie funkcjonują bez kontroli”. Jak się objawia dziecięcy pracoholizm, mówi psychoterapeutka Marlena Ewa Kazoń

– Dzieci bardziej uzależniają się nie od samej pracy, ale od zaspokajania potrzeb rodziców. Większość małych pracoholików ma poczucie, że zostaną zauważone przez mamę, tatę czy nauczycieli dopiero wtedy, gdy się w coś zaangażują – mówi psychoterapeutka Marlena Ewa Kazoń.

Eksperci alarmują, że zdrowie psychiczne dzieci jest ważniejsze niż świadectwo z czerwonym paskiem czy nauka kolejnego języka obcego.

Polscy uczniowie nie najlepiej radzą sobie ze stresem – próby samobójcze podejmują nawet 9-latki. Coraz więcej mówi się o „uczniowskim wypaleniu” – zjawisku dotyczącym przede wszystkim dzieci, które żyją pod presją związaną z nadmiarem zadań i spełnianiem wysokich oczekiwań otoczenia. Jeśli uczeń nie ma zapewnionego wsparcia emocjonalnego, z czasem zaczyna odczuwać spadek motywacji i samooceny. Przestaje też czerpać satysfakcję z czynności, które wcześniej sprawiały mu przyjemność.

W trakcie pandemii pracownicy Dolnośląskiej Szkoły Wyższej przebadali 7 tys. nastolatków. Badanie wykazało, że 40 procent z nich miało objawy depresji, a 35 procent zaburzenia lękowe.

U nastolatków depresja może przybierać różne twarze. Poza odmianą klasyczną, charakteryzującą się osłabieniem, apatią i wycofaniem młodego człowieka, jest też depresja o twarzy zbuntowanej. Łatwo ją pomylić z buntem nastolatka, ponieważ polega na prowokowaniu, reagowaniu złością i agresją. Jest i depresja lękowa, gdy dziecko odczuwa nadmierny lęk, ale też nadpobudliwość czy wzmożony apetyt. Wreszcie – depresja uśmiechnięta, na którą często chorują te osoby, które przywykły do spełniania wysokich wymagań otoczenia. Takie dzieci często cierpią w milczeniu, odhaczając kolejne zadania, ku uciesze otoczenia.

Aleksandra Zalewska-Stankiewicz: Jak zachowuje się mały pracoholik?

Marlena Ewa Kazoń: To dziecko o smutnych oczach i nieobecnym spojrzeniu. Takie, które jest bardzo karne – przeprasza, gdy się pobrudzi. W szkole czeka na polecenie nauczycielki, samo nie wykazuje żadnej aktywności. A na przyjęciu urodzinowym u kolegi zacznie się bawić dopiero wtedy, gdy z ust animatora padnie komenda, że już na to pora. Czasem zapyta, czy może sięgnąć po cukierka. Ale zwykle takie dziecko nie ma zachcianek, ponieważ rodzic od najmłodszych lat mówi mu o pozytywnych skutkach zdrowego odżywiania. Oczywiście, to jest ważne, ale przekaz musi być odpowiedni do wieku. Nie jest naturalne, jeśli pięciolatek mówi swojemu rówieśnikowi, że nie jada mięsa, ponieważ od mięsa ludzie chorują na nowotwory. To decyzja zaburzona dla pięciolatka.

Jak to możliwe, że mali pracoholicy są tak bardzo sterowni? Przecież to mądre dzieci, odnoszące sukcesy, błyskotliwe i inteligentne.

Te dzieci nie funkcjonują bez kontroli. Są bardzo zadaniowe, odhaczają kolejne zadania niczym pracownicy w korporacji. Proszę wyobrazić sobie siedmiolatka, który gra w tenisa, jeździ konno, chodzi na lekcje rysunku i gitary, zna dwa języki. Od rodzica wciąż słyszy, że nigdy nie wiadomo, co mu się w życiu przyda, więc powinien spróbować wszystkiego. Z każdym rokiem tych aktywności jest więcej.

Dziecko nawet nie zdaje sobie sprawy, że wykonuje kolejne zadania nie dla siebie, ale po to, aby zaspokoić potrzeby rodziców. A to prowadzi do uzależnienia emocjonalno-psychicznego.

W przypadku osób dorosłych pracoholizm jest uzależnieniem. U dzieci podobnie?

Dzieci bardziej uzależniają się nie od samej pracy, ale od zaspokajania potrzeb rodziców. Większość małych pracoholików ma poczucie, że zostaną zauważone przez mamę, tatę czy nauczycieli dopiero wtedy, gdy się w coś zaangażują. Rzadko chwali się je za to, że wymyśliły kreatywną zabawę czy żart, z którego wszyscy się śmieją. Częściej są doceniane wtedy, gdy dostaną szóstkę, wygrają zawody karate lub konkurs matematyczny. Z tego powodu dzieci czują, że muszą jeszcze bardziej się starać, aby ich rodzice byli zadowoleni. Kilkulatek wychowywany w takim duchu nawet nie pomyśli o tym, aby powiedzieć mamie, że dodatkowe zajęcia go nie interesują. Bo wie, że usłyszy zawód w jej głosie, zobaczy krytyczne spojrzenie. Pomyśli sobie, że nie jest nic wart. Więc dalej będzie uczył się języka włoskiego czy chodził na akrobatykę.

Mamy do czynienia z plagą przemęczonych dzieci, które mają kalendarze wypełnione po brzegi i zero czasu na zabawę. Czym to grozi?

Jeśli dziecko wciąż spełnia czyjeś oczekiwania, nie ma szansy zająć się sobą. W związku z tym nie potrafi odpoczywać, wyciszać się i samoregulować, a to bardzo ważna umiejętność. Jeśli w domu kieruje nim „pani matka” lub „pan tata”, jako dorosła osoba będzie potrzebowało „pana szefa” czy „pana męża”. Będzie sterowane przez innych. Z pewnością wybierze takie studia, o jakich marzą rodzice. Nie odważy się na to, aby pójść za swoją pasją, bo tak naprawdę to końca nie będzie wiedziało, czym się interesuje. Będzie miało taki dom, jaki wyobrazili sobie rodzice. I partnera lub partnerkę, który spodoba się rodzicom.

Trafiają do pani młodzi dorośli, którzy w dzieciństwie byli małymi pracoholikami?

Oczywiście, pracoholistycznych dzieci, którzy stają się dorosłymi pracoholikami, jest bardzo dużo.

To są smutni ludzie, którzy nie potrafią podejmować najprostszych decyzji, typu: zamówić barszcz biały czy czerwony? Nie wiedzą, jaki przedmiot zdawać na maturze. Całe życie zmagają się z syndromem pilnego ucznia, a później dobrego pracownika. Wciąż dążą do perfekcjonizmu.

Borykają się z zaburzeniami odżywiania. Mają zaburzenia kontroli, które niemal zawsze łączą się z lękami. Bardzo szybko się uzależniają np. od gier komputerowych czy pornografii.

Dlaczego sobie to robimy?

To spadek PRL-u, kiedy trzeba było być wszędzie. A nie można być najlepszym we wszystkim – to jest po prostu niemożliwe. Charakterystyczne jest, że rodzice dzieci–pracoholików często widzą tylko sukcesy, a nie dostrzegają trudności. A mały człowiek potrzebuje tego, aby ktoś go docenił. Powiedział: „Kocham cię i wiem, że jest ci trudno. Kocham cię, jesteś super, zdobyłeś piątkę z matematyki, wiem, ile wysiłku cię to kosztowało”. Otacza nas filozofia sukcesu. Rodzice lubią chwalić się swoimi dziećmi. Tworzą coś w rodzaju rankingu. To droga prowadząca donikąd.

A dziecko nie ma takich zasobów, aby z takiego rankingu się wyłamać.

Siedmiolatek nie ma w sobie takiej mocy, chyba że jest wychowywany w bezpiecznym środowisku. A jak wiadomo, dom to determinant. Jeśli rodzic jest na tyle despotyczny, że zarzuca dziecko obowiązkami, nie jest ono w stanie nawet samodzielnie oddychać. A to prowadzi do ogromnych dysfunkcji.

"Unikajmy oceniania dziecka czy innych ludzi, to uczy ich oceniania siebie. Komplementy to też ocena". Jak nauczyć dziecko samoakceptacji, mówi psycholog dziecięca Weronika Dzierżawa-Nalewajska

Polecamy

"Unikajmy oceniania dziecka czy innych ludzi, to uczy ich oceniania siebie. Komplementy to też ocena". Jak nauczyć dziecko samoakceptacji, mówi psycholog dziecięca Weronika Dzierżawa-Nalewajska

– Jeśli trudno mi zaakceptować siebie, z całym swoim zbiorem zasobów i deficytów, to trudno będzie mi akceptować innych. Trudno będzie mi wchodzić w bezpieczne relacje z otoczeniem, a relacje to coś, bez czego nie możemy żyć w pełni, bo człowiek jest z natury istotą społeczną. Osoba, która siebie nie akceptuje, będzie często unikać bliskości z drugim człowiekiem albo będzie wchodzić w relacje, poddając się całkowicie drugiej osobie, bez zauważania swoich granic i potrzeb – mówi psycholog dziecięca Weronika Dzierżawa-Nalewajska.

Czytaj

Ale czasem dzieci same są aktywne. Zgłaszają się na konkursy, robią dodatkowe prace. Rodzic powinien powiedzieć: stop?

Najpierw rodzic musi się zastanowić, czy dziecko działając w ten sposób, na pewno spełnia swoje oczekiwania. Czy nie robi tego dla rodzica. Warto o tym porozmawiać. Zapytać, dlaczego to robi i co w ten sposób chce osiągnąć. Jeśli okaże się, że robi to dla nas albo dlatego, że my też graliśmy na pianinie lub interesujemy się piłką nożną, będzie to sygnał, aby wyhamowywać dziecko.

Pracoholizm rodziców też wpływa na dzieci?

Bardzo. Dlatego warto przyjrzeć się sobie, temu, jaką my mamy relację z pracą. W jaki sposób o niej mówimy, jak traktujemy swoje sukcesy i wyzwania. Być może dziecko ma wrażenie, że wciąż pracujemy, bo na placu zabaw odbieramy telefony służbowe lub podczas rodzinnej uroczystości odczytujemy maile od szefa. Albo często podkreślamy: „Ale się dziś narobiłam!”.

Praca nie może być jedynym sensem naszego życia. A często tak się dzieje i dzieci to widzą.

Jak wyjść z tego błędnego koła?

Zacząć od siebie, oddzielać pracę od życia prywatnego. Dać dziecku przestrzeń, aby mogło samo zobaczyć, co najbardziej je interesuje. Dbać o to, aby się wysypiało, mogło odetchnąć od zajęć. Nie żyło wyłącznie z zegarkiem w dłoni, od zadania do zadania. Jeśli wypoczywa, to nie przypominajmy mu o zadaniach, które przed nim stoją. Dajmy szansę mu odetchnąć.

Jakie mogą być pierwsze symptomy pracoholizmu?

Gdy dziecko nie jest w stanie powiedzieć, czym się interesuje. Ma grafik wypełniony po brzegi, ale na pytanie:  „co lubisz?” zaczyna się wahać.

Marlena Ewa Kazoń – psychoterapeutka systemowa, terapeutka traumy, z Warszawy. Mama Kostka i Klementyny. Od 2009 roku prowadzi psychoterapię indywidualną, rodzinną oraz psychoterapię par i małżeństw. Ukończyła studia doktoranckie na wydziale psychologii w Polskiej Akademii Nauk w Warszawie oraz podyplomowe studium psychoterapeutyczne realizowane przez MABOR Centrum Psychologiczno-Medyczne i Centrum Doradztwa i Szkoleń, atestowane przez European Association of Psychotherapy, zaakceptowane przez Polskie Towarzystwo Psychiatryczne. W pracy psychoterapeutycznej integruje metody i techniki różnych szkół terapeutycznych, dobierając je pod względem specyfiki problemów pacjenta oraz jego potrzeb i możliwości.  Miejsce w sieci: Facebook