Ewa Zawisza-Wilk /fot. Andrzej Wojtek Dworaczek Ewa Zawisza-Wilk /fot. Andrzej Wojtek Dworaczek

„Dziecko inaczej przeżywa żałobę niż dorosły” – wyjaśnia dr Ewa Zawisza-Wilk. I podpowiada, jak rozmawiać z nim o śmierci

– Dziecku trzeba mówić prawdę – podkreśla dr Ewa Zawisza-Wilk. Truizm? Nie gdy przychodzi do rozmowy o śmierci. Rodzice wtedy kluczą, mówią na przykład, że dziadek wyjechał albo zasnął na dłużej, jak ognia unikają też zabrania dziecka na pogrzeb. – Dorosły, zaklinając rzeczywistość eufemizmami, próbuje poradzić sobie z własną bezradnością, ale nie pomaga dziecku – wyjaśnia pedagog i terapeutka. I między innymi dlatego lada dzień ukaże się jej książeczka „Plasterki na tęsknotę”.

Babcia Jadzia umarła 14 stycznia, pięć dni przed moimi trzecimi urodzinami. Był 1989 rok, a jej trumna stała na katafalku w małym pokoju małego mieszkania na czwartym piętrze bloku z wielkiej płyty na częstochowskim osiedlu.

Nie rozumiałam, dlaczego Babcia już się ze mną nie bawi, nie przytula mnie, nie nazywa swoją Niunią. Dlaczego tylko tak leży w tym swoim dziwnym łóżku, z perspektywy trzylatki wysokim prawie do nieba. I dlaczego ani drgnie.

Rodzice wyjaśnili mi, że zasnęła przed długą podróżą. Podobno przyniosłam jakieś słodycze, które miałam schowane pokątnie. Ryzykowałam, bo dawał mi je Dziadek, ukradkiem, bo wolno mi było jeść oficjalnie tylko owoce. Nie pamiętam tego, ale Tata opowiadał wiele lat później, że kazałam dać je Babci na drogę, gdyby zgłodniała. Zamiast na pogrzeb poszłam do sąsiadki. Wydaje mi się, że pamiętam, jak pokazywała mi szklane łabędzie na choince.

Rodzice powiedzieli, że kiedyś znów spotkam Babcię. „Kiedy?”, wierciłam im dziurę w brzuchu tak długo, aż dla świętego spokoju rzucili: „za 300 lat”. Później często rano pytałam: „czy to już 300 lat?”.

Przeszło mi, gdy miałam pięć, może sześć lat. Chyba wtedy połapałam, że jednak się nie spotkamy, że zostałam okłamana, że Babcia z tej podróży już nie wróci. Wtedy do wieczornego pacierza dołożyłam własną modlitwę: „i, Panie Boże, żebym nie umarła przez sen”.

 

Aneta Wawrzyńczak: Jak pani zdaniem moi rodzice wybrnęli z tej sytuacji? Co zrobili dobrze, a co źle?

Dr Ewa Zawisza-Wilk: Wszystko zrobili źle. Począwszy od tego, że nie używali języka jawności, przez tworzenie tajemnicy, po niezabranie pani na pogrzeb. Ale nie oceniałabym ich postawy jako negatywnej. Zachowali się zgodnie z właściwym sobie kodem kulturowym. W ich intencjach była ochrona pani wrażliwości.

Co pani ma na myśli mówiąc: język jawności?

To, że im więcej konkretu w komunikacji z dzieckiem, tym lepiej. Nie należy, oczywiście, brutalizować rzeczywistości, tylko mówić prawdę, czyli wprost powiedzieć: babcia umarła. Absolutnie nie wolno okłamywać dziecka, kluczyć z opowieściami, że bliska mu osoba zasnęła, odeszła, wyjechała, bo to powoduje u dziecka totalną niejasność sytuacji i buduje lęki. Ale właśnie ten błąd popełniają niemal wszyscy rodzice, głównie dlatego, że sami boją się używać języka ostateczności. I dlatego, że to wzbudza w nich dodatkowe emocje. Zwłaszcza jeśli dziecko w obliczu informacji, że bliska osoba tylko „wyjechała”, zadaje pytania, na przykład takie, jak pani: „a co babcia będzie tam jadła?”.

Dorosły, zaklinając rzeczywistość eufemizmami, próbuje poradzić sobie z własną bezradnością, ale nie pomaga dziecku.

Ale jak powiemy dziecku, że babcia umarła, to jeśli nie rozumie, co to znaczy, też będzie zadawać pytania. I co mamy wtedy odpowiadać?

Jak wspomniałam wcześniej: mówić prawdę, najlepiej odwołując się do jego dotychczasowych doświadczeń. Można to zrobić chociażby przedstawiając cykl życiowy na przykładzie przyrody, przypomnieć sytuację, gdy dziecko widziało martwego ptaszka – i że tak samo ciało bliskiej mu osoby nie będzie już funkcjonowało, nie będzie odczuwało, nie będzie można z tą osobą porozmawiać w taki sposób jak do tej pory. Warto też odwołać się wtedy do własnej filozofii bądź religii, przy czym ważne jest, żeby mówić dziecku to, w co sami wierzymy, o czym sami jesteśmy przekonani. Jeśli więc jesteśmy chrześcijanami, mówimy, że zmarła osoba poszła do Królestwa Niebieskiego, jeśli jesteśmy buddystami albo wierzymy w reinkarnację – że odrodzi się ona pod inną postacią, a jeśli jesteśmy tak filozoficznie ugruntowani, że naszym zdaniem nic po śmierci nie ma – to mówimy, że życie tak właśnie się kończy, że już się nigdy nie zobaczymy. Warto być autentycznym, wówczas dziecko czuje się przy nas bezpiecznie.

Ale pewnie zadaje wtedy kolejne pytania…

Tak jak na przykład syn mojej koleżanki, który w wieku sześciu lat, po śmierci ukochanego dziadka, zapytał ją: „mamusiu, co znaczy nigdy?”. Zazwyczaj dorośli mają problem z odpowiedzią na to pytanie, ale znów: trzeba to robić poprzez konkret, odwołanie się do doświadczenia dziecka i tego, co do tej pory widziało i przeżyło. Można więc powiedzieć: nigdy to znaczy, że jak jesteśmy na biwaku i wrzucimy do ognia patyczek, to on się spali i już nigdy tym konkretnym patyczkiem nie będziesz się mógł pobawić. I na tej podstawie przechodzimy do konkretu, czyli mówimy: ciało kochanej osoby zmieni się w popiół, ale pamięć o niej możemy pielęgnować. Będzie żyła w naszej pamięci pod postacią wspomnień i emocji z nimi związanych

Jak?

Na przykład poprzez zrobienie wspólnie z dzieckiem albumu ze zdjęciami zmarłej osoby czy stworzenie drzewa genealogicznego. Warto też opowiadać dziecku historie, najlepiej z jego udziałem, co zmarły bliski z nim robił, jak się z nim bawił, jak się opiekował, jakie snuł związane z nim plany. Można też podkreślać, w czym jest dziecko do tej osoby podobne, na przykład: masz oczy po dziadku, taki sam uśmiech, zagarniasz włosy w taki sam sposób. To ważne, bo pokazuje, że chociaż tej osoby już przy nas nie ma, to nie oznacza, że zniknęła z naszej pamięci.

Dziecko wręcz potrzebuje takiego przyzwolenia, żeby mówić o zmarłej osobie jak o kimś żywym, narysować dla niej rysunek i zanieść na cmentarz. Inaczej rozumuje tak: skoro fizycznie tej osoby już nie ma, to nie mam też prawa jej wspominać. I staje się to dla niego tematem tabu. Tematem, którego z lęku nie poruszamy. Im bardziej  jest w cały proces pożegnania stopniowo włączane, im większe ma przyzwolenie na pielęgnowanie pamięci po zmarłym, tym łatwiej poradzi sobie z żałobą.

Stąd tak ważne jest zabranie dziecka na pogrzeb? Bo jak pani o tym mówi, to myślę sobie, że to będzie dla niego szok. Chociażby to, że zobaczy w otwartej trumnie kogoś, kto wciąż jest dla niego ważny, że będzie obserwowało, jak jest w niej zamykany, jak trumna jest spuszczana do dołu i zakopywana…

Po pierwsze: na szczęście pogrzeby, na których trumna jest otwarta, odchodzą już w zapomnienie. Po drugie – nawet wtedy dziecko nie odbiera widoku ciała w sposób, o jakim pani mówi. Proszę zauważyć, że jeszcze do niedawna, zwłaszcza na wsi, śmierć powodowała, że schodziła się cała okolica  – rodzina, znajomi, sąsiedzi. Modlili się, żegnali, lamentowali, a i dzieci w tym absolutnie przez cały czas uczestniczyły – nie przeżywały ani szoku, ani traumy, bo to było częścią ich doświadczeń. Tymczasem obecnie rodzice najczęściej unikają zabierania dziecka na pogrzeb, bo myślą, że w ten sposób je chronią. Ale to powoduje, że w jego głowie nie ma szans stworzyć się jakikolwiek obraz ostateczności, nie ma też możliwości, by włączyć się w żałobę i poczuć jej pełnoprawnym uczestnikiem. A trzeba też pamiętać, że dziecko inaczej ją przeżywa niż dorosły. Brak pożegnania powoduje zawieszenie w żałobie, a więc jej przedłużenie. Dziecko ma prawo przeżywać żałobę  w całości, z każdym jej elementem, choć na swój sposób.

To znaczy?

Na przykład w jednej chwili jest smutne, za 20 minut się śmieje, a później, ni stąd, ni zowąd, może dostać ataku szlochu, po którym znów funkcjonuje normalnie, bawi się, cieszy, wygłupia. Dla dorosłych często jest to bardzo bolesne, ale taka jest natura dziecka, jest to całkowicie normalne. Nie należy wywoływać w dziecku poczucia winy za jego chwilowe dobre samopoczucie w czasie żałoby. Ma prawo śmiać się i płakać, ma prawo interesować się życiem, a nie tylko pogrążać w smutku. A kiedy dziecko ma napad żalu, smutku, płaczu, trzeba je utulić, porozmawiać z nim, a przede wszystkim – być przy nim przez cały czas. Dziecko bardzo wtedy potrzebuje obecności, bo w takich trudniejszych momentach wychodzą z niego lęki przed unicestwieniem, pojawiają się obawy, że rodzice też umrą, często pyta wprost: „mamusiu, ty też umrzesz?”. I ponownie: nie można okłamać dziecka mówiąc, że będziemy żyli wiecznie, tylko trzeba powiedzieć prawdę: „tak, kiedyś też umrę, ale zamierzam jeszcze bardzo długo żyć i pomóc ci w wychowywaniu twoich dzieci, tak jak babcia pomagała mi wychowywać ciebie”.

I dziecko w to uwierzy?

Tak, przyjmie wszystko, co powie mu bliski dorosły, do którego ma zaufanie.

Dzieci, wbrew pozorom, mają ogromne przyzwolenie na wszystko, co się dzieje w życiu – ale potrzebują przewodnika, który wytłumaczy im to ich językiem. I przyjmują to bardzo naturalnie, bo myślą: skoro rodzic, który mnie kocha, mówi, że tak jest, to nie ma powodu, żeby mu nie ufać. Wówczas uruchamia mechanizmy adaptacyjne, które pomagają mu przetrwać trudną chwilę.

Chyba że zostanie oszukane, wtedy można stracić jego zaufanie, a ono poczucie bezpieczeństwa na wiele lat, nawet na całe życie.

Jak wypośrodkować własny ból i rozmowę z dzieckiem na ten trudny temat?

Oczywiście nie wolno zwierzać się dziecku ze wszystkich naszych trosk, ale też nie należy za wszelką cenę unikać tego, żeby zobaczyło, że rodzice płaczą. Bo dzieci intuicyjnie wyczuwają emocje i rezonują je, trzeba więc po prostu umieć je nazywać i pomagać dziecku je zrozumieć, powiedzieć: „płaczę, kiedy mówimy o babci, czuję żal. Ale lubię mimo wszystko to uczucie, bo tęsknię za nią, bardzo ją kochałam i nadal kocham”. W przeciwnym razie dziecko może sobie nie poradzić z tymi emocjami, bo i tak będzie je odczuwało, tylko nie będzie wiedziało, jak je nazwać, wytłumaczyć i dlaczego to się z nim dzieje. Jeśli natomiast dziecko nic w obliczu śmierci bliskiej osoby nie może zrobić, nie może się na swój sposób pożegnać, bo dorośli je od tego odsuwają i staje się niemym świadkiem sytuacji, której nie rozumie, to koncentruje się tylko na lęku przekazywanym mu przez dorosłych – albo wręcz budzą się w nim lęki dodatkowe, nad którymi później nieraz pracuje się terapeutycznie nawet kilka lat.

Aż tak?

Zdarza się nawet, że dziecko zaczyna chorować somatycznie, bo lęk, który odczuwa, szuka miejsca w ciele, gdzie może się ulokować. Podam pani taki przykład: moja studentka podyplomowa opowiadała, że jej córeczka po śmierci jej matki przestała mówić – to był mutyzm wybiórczy. Wśród rówieśników, w szkole rozmawiała normalnie, natomiast w domu zamykała się w sobie, szczególnie wobec swojej mamy. Okazało się, że babcia długo chorowała, jej stan przez dłuższy czas był terminalny, była objęta opieką hospicjum domowego, ale wszyscy, zwłaszcza matka, wmawiali dziecku, że babcia na pewno wyzdrowieje. Gdy już było bardzo źle, dziewczynce zabroniono wchodzić do babci na piętro, a ona nie rozumiała dlaczego, słyszała tylko, że babcia potrzebuje ciszy, spokoju, nie wolno jej przeszkadzać. Kiedy natomiast babcia umarła, nie zabrano jej na pogrzeb. Dziewczynka nie miała szansy uczestniczyć w celebracji związanej z jej pożegnaniem, nie potrafiła też wyrazić swojego żalu po stracie, bo nie dostała do tego przestrzeni i narzędzi – i zareagowała właśnie mutyzmem.

Jak ta historia się skończyła?

Kilka miesięcy trwało, zanim udało się ją z tego wyprowadzić, zanim dziewczynka ponownie zaczęła rozmawiać z mamą. Najważniejsze było to, że mama poprosiła ją o wybaczenie za tę utratę zaufania. Bo córka była mocno związana z babcią, to właściwie ona ją wychowywała – i nagle została od niej odcięta. Na szczęście mama to zrozumiała i próbowała jej wytłumaczyć swoje intencje. Ale jak wytłumaczyć kilkuletniemu dziecku, że co innego się mówiło, a co innego robiło? Dorosły jest w stanie to ogarnąć rozumem, a dzieci raczej nie. Przy czym pamiętajmy, że nie możemy mówić „dzieci” ogólnie, przy takiej rozmowie trzeba wziąć pod uwagę wiek i etap rozwoju konkretnego dziecka i relację z osobą, która odeszła.

„Plasterki na tęsknotę”, okładka książki

To weźmy je pod uwagę.

Dziecko trzyletnie nie ma jeszcze wyobraźni ani możliwości poznawczych, żeby rozumieć pojęcia takie jak ostateczność, nieodwracalność, śmierć. Stąd, na przykład, biorą się modlitwy, które mają na celu odwrócić tę sytuację, pomóc przeczekać, aż bliska osoba wróci. Takie zaś prośby, jakie pani kierowała, związane ze strachem przed śmiercią, pojawiają się nieco później, w wieku 6-8 lat, gdy dziecko zaczyna rozumieć, czym jest ostateczność, zaczyna mieć świadomość nieodwracalności, i nierzadko ma już związane z tym doświadczenia.

A co z zupełnie naturalnym do 5.-6. roku życia przekonaniem dziecka, że jest pępkiem świata, że wszystko dzieje się wokół niego, dla niego – i  z jego powodu? Czy zaczyna się wtedy obwiniać w jakiś sposób o śmierć bliskiej osoby – albo o smutek rodziców?

Tak, na etapie egocentryzmu dziecięcego bardzo łatwo jest w dziecku zaszczepić poczucie winy, nawet gdy nikt tego nie mówi wprost, to dziecko sobie wyobraża, że było niegrzeczne i dlatego coś takiego się wydarzyło. To obwinianie się może trwać do 8.-9. roku życia i jest związane z rozwojem empatii i umiejętnością postrzegania świata z perspektywy innej osoby, dlatego też jest to sprawa bardzo indywidualna. Ale tak naprawdę każde dziecko, w każdym wieku jest gotowe na poważną rozmowę, tylko trzeba dostosować język do jego etapu rozwojowego.

Może to głupie pytanie, ale mimo wszystko je zadam: nie wydaje mi się, żeby któreś dziecko miało traumę z powodu kłamstwa rodziców o Mikołaju przynoszącym prezenty 6 grudnia. Dlaczego kłamstwa o śmierci bliskiej dzieci nie wybaczają?

To nie jest głupie pytanie, bo w przypadku Mikołaja dziecko rozumie, że intencją rodziców było stworzenie magicznego świata radości i beztroski. Czasem dzieci już uświadomione wchodzą w taką umowną rolę „wiem, że to nieprawda, ale wspaniale jest prze chwilę poudawać i wierzyć, że jednak tak” i same pielęgnują swoją wiarę w Mikołaja, Gwiazdkę, Aniołka, Wróżkę Zębuszkę i inne nadprzyrodzone istoty. Mój syn mówił do swoich kolegów, którzy śmiali się z jego naiwności i wiary w świętego Mikołaja: „jeśli nie wierzysz, to ci nie przyniesie prezentów!” i wytrwale pisał listy do Roveniemi w Laponii. I w pewnym momencie, gdy już doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to rodzice obdarowują dzieci mówił, „ja tam wolę wierzyć w Mikołaja, bo to przyjemne”. Śmierć bliskiej osoby to zupełnie coś innego, bo wpływa bardzo mocno na emocje dziecka. Kiedy zdarzy się coś takiego w okolicach 8.-9. roku życia dziecka, gdy zaczyna ono pojmować już ostateczność, a bliscy nie wyjawią mu prawdy, poczuje się oszukane i może zacząć myśleć, że mogło coś zrobić, zapobiec odejściu, albo mogło się pożegnać z bliską osobą – i właśnie wtedy często budzi się w nim poczucie winy i bezsilności.

Przecież nawet dorośli mają takie myśli: nie zdążyliśmy jeszcze tego i tamtego razem wspólnie zrobić, a już ta osoba odeszła. O tym między innymi są „Plasterki na tęsknotę”: o prokrastynacji, o odkładaniu w czasie i orientowaniu się, że jest już za późno, gdy przychodzi nieuniknione. I o tym, jak sobie z tymi uczuciami poradzić.

A prędzej czy później dzieci i tak zderzą się ze śmiercią. I nie będą wyposażone w pakiet wiedzy i narzędzi emocjonalnych, jak sobie z tym poradzić.

I to się kończy różnego rodzaju nerwicami i wizytami u psychoterapeutów. Dlatego też bardzo ważne jest, by nie czekać do wydarzenia, które będzie dla nas i dla dziecka trudne, tylko żeby z dzieckiem rozmawiać o śmierci od samego początku. Nie ma w życiu nic bardziej pewnego i oczywistego, więc nie warto unikać tego tematu. Nasz własny lęk i niekorzystny przekaz kulturowy – a właściwie brak instrukcji, co robić w takich chwilach – powodują, że unikamy tematu śmierci, bo nas przerasta i czynimy z niego tabu.

Jest różnica między śmiercią bliskiej osoby po długiej chorobie a nagłą, na przykład w wypadku?

W pierwszej sytuacji, mimo że jest mocno traumatyzująca, to jednak mamy szansę przygotować dziecko i możemy sprawić, że dziecko przyjmie ten fakt spokojnie, etapami. Ale gdy ta śmierć nadejdzie, nie można też powiedzieć dziecku po prostu: „dziadek umarł, bo zachorował”, gdyż takie lakoniczne wyjaśnienie otwiera drzwi do lęku – dziecko pozostawione z takim komunikatem zacznie obawiać się, że jak będzie miało katar, to umrze. Trzeba więc wytłumaczyć, że dziadek umarł, bo chorował na bardzo ciężką chorobę, a lekarze nie umieli mu pomóc. Nie wolno też oszukiwać dziecka, że tylko starzy ludzie umierają, ale trzeba podkreślić, że śmierć młodej osoby zdarza się bardzo rzadko. Natomiast w przypadku śmierci gwałtownej musimy się zająć emocjami dziecka i jednocześnie własnymi, co jest szczególnie trudne. Warto więc wtedy skorzystać z pomocy mądrej, racjonalnej osoby z zewnątrz, najlepiej bliskiej dziecku, do której ma ono zaufanie. Czasem dziecku łatwiej zadać pytanie, które go nurtuje komuś obcemu, bo czuje, że tym pytaniem go nie zrani. A bliscy bywają w takich chwilach zniecierpliwieni albo poruszeni i na pytanie dziecka: czy babci nie będzie tam zimno?, odpowiadają na przykład płaczem. To nie pomaga dziecku zrozumieć sytuacji, tylko pogłębia jego niepokój. Ale później, jak osoba bliska zmarłej ochłonie powinna porozmawiać z dzieckiem również osobiście: o swoich i dziecięcych emocjach, o sytuacji, o przyszłości. To bardzo ważne, by odpowiadać na te zadane i na te niewyrażone pytania dziecka; „co teraz?”, „co będzie dalej?”, „jak będzie wyglądało nasze życie?”, „co się zmieni, a co nie?”, żeby zredukować jego lęk o przyszłość.

Słyszałam kiedyś, że po to małe dzieci dostają chomika, który krótko żyje: żeby oswajać je ze śmiercią. Ale i spotkałam się z historią, kiedy maluch myślał, że chomiki żyją wiecznie, bo co jeden umarł, to rodzice podkładali nowego.

I to jest właśnie jeden z najpoważniejszych błędów, jaki popełniają rodzice w dobrych, ale niesłusznych intencjach, bo śmierć zwierzątka to okazja, żeby wprowadzić dziecko temat śmierci. Dzieci przeżywają żałobę po zwierzęcym przyjacielu tak samo, jak po bliskiej osobie, na co niektórzy się oburzają: jak to, bardziej rozpacza po śmierci kota niż dziadka? Te oczekiwania społeczne wobec dzieci są nierzadko na wyrost i powodują u nich konflikt wewnętrzny, bo podważają to, co dzieci czują, unieważniają ich żal, czasem złość na świat. Z punktu widzenia dorosłego dziecko zadaje dziwne pytania dotyczące śmierci i choćby wydały nam się najdziwniejsze, nie pozostawiajmy dziecka bez odpowiedzi, tak, jak pozostawiono panią po śmierci ukochanej babci. „Jak babcia wejdzie do nieba, skoro nie mogła chodzić po schodach?”, „Dlaczego nie zabrała swojej laski?”, „Czy ona ma tam telefon?”. Takie pytania dowodzą, że dziecko nie jest jeszcze gotowe do zrozumienia pojęcia ostateczności. Wtedy możemy posłużyć się metaforą. Czytajmy dziecku bajki na temat śmierci, pomóżmy stworzyć wyobrażenie tego terminu na miarę wieku dziecka. Jest już wiele pięknych pozycji na ten temat, głównie tłumaczonych, bo w naszej kulturze trudno przebić się z tym tematem traktowanym jako tabu. Doświadczyłam tego szukając wydawcy książki.

A jeśli w domu nie ma zwierzątka, nikt też, szczęśliwie, nie umarł – to czy wychylać się przed szereg z taką rozmową? Na przykład wykorzystać wizytę na cmentarzu 1 listopada?

To niewątpliwie jest dobra okazja, żeby o tym porozmawiać bez lęku.

Dziecko samo z siebie nie wie, czego się bać, to dorośli zaszczepiają w nim lęk, nawet nieświadomie, kiedy unikają tematu, nie odpowiadają na stawiane pytania wprost i konkretnie. I wtedy dziecko czuje się osamotnione, bo pozostają w nim pytania bez odpowiedzi – i pozostaje w nim brak poczucia oparcia i bezpieczeństwa.

A kiedy całą rodziną idziemy na cmentarz, to dziecko naturalnie zadaje pytania i często w ten sposób samo prowadzi rozmowę. Co jest nawet łatwiejsze, bo nie musimy się zastanawiać, kiedy i jak poruszyć z nim ten temat. W przypadku oporu ze strony dorosłego, dziecko zaczyna poszukiwać odpowiedzi wśród innych osób i jeśli nie trafi na kogoś otwartego i mądrego, pozostanie z tym zupełnie bezradne. Jeśli dziecko dysponuje wysoką wrażliwością, samo zbuduje sobie odpowiedzi oparte na lęku.

Może też trafić na bardziej uświadomionych i w dodatku złośliwych rówieśników, którzy powiedzą mu na przykład, że babcię jedzą robaki i ono też umrze, i je też zjedzą.

Albo że babcia będzie je straszyć jako duch. Bardzo łatwo jest zaszczepić w dziecku lęk, dlatego samemu trzeba o tym mówić bez strachu, łagodnie, rzetelnie, zgodnie z prawdą, a jaką znamy i w jaką wierzymy.. I budować słownik dziecka, wprowadzając takie słowa jak: nieodwracalny, nieunikniony, ostateczny, dzięki czemu później będzie rozumiało, o czym rozmawiamy.

Są słowa, których nie powinno się używać, słowa tabu?

Nie znam słów, których nie można by używać w rozmowie z dzieckiem, poza przekleństwami i brutalizowaniem. To nie jest kwestia konkretnych słów, tylko sposobu przekazu: przy takiej rozmowie trzeba być blisko, pozwolić dziecku na emocje, nie unieważniać ich – nie zaprzeczać im i nie bagatelizować tego, co dziecko czuje, pozwolić też na zaciekawienie i labilność – to, że w obliczu śmierci raz się cieszy, a raz smuci, co jest naturalne.

Jest coś, co bardzo często robią dorośli: hamują u dziecka wszystkie emocje, z którymi sami sobie za bardzo nie radzą, najczęściej są to złość i smutek. A przecież te emocje są bardzo potrzebne, tylko trzeba powiedzieć dziecku: możesz się złościć, ale tak, żeby ani sobie, ani nikomu innemu nie zrobić krzywdy. Dziecko musi wiedzieć, że ma przyzwolenie na wszystkie emocje, które się w nim pojawiają, wtedy czuje się bezpiecznie.

Trzeba tylko dać dziecku narzędzia do bezpiecznego wyrażania uczuć, czy to radość, czy gniew, czy żal z powodu straty ukochanej osoby i przyjmować to wszystko z akceptacją. Wówczas pomagamy dziecku zrozumieć stratę i przejść okres żłoby. Czasem warto też celowo wyzwolić z dziecka emocje, sprowokować je, gdy dziecko jest osowiałe, zamknięte w sobie i wydaje się pozornie nie czuć niczego. Ale to temat na kolejną rozmowę.

    Sprawdź powiązane tematy

    Posłuchaj podcastów stworzonych przez mamy dla mam!

    Sprawdź