Magdalena Czyrynda-Koleda / archiwum prywatne

„Każdy rodzic powinien pochylić się nad kwestią traktowania słodyczy jako karty przetargowej” – zauważa dietetyczka Magdalena Czyrynda-Koleda

Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z młodszym dzieckiem, nastolatkiem czy osobą dorosłą – cukry proste w naszej diecie powinny stanowić maksymalnie 10 proc. dziennego zapotrzebowania energetycznego. Oznacza to, że 6-latek, którego średnia dzienna podaż energii wynosi około 1400 kcal, nie powinien spożywać w ciągu dnia więcej niż 35 g cukru, co w praktyce oznacza około 7 łyżeczek cukru – opowiada dietetyczka Magdalena Czyrynda-Koleda z poradni „Z kaloriami na pieńku”.

Klaudia Kierzkowska: O ile dwulatek nie powinien jeść słodyczy, to przedszkolakowi trudno ich odmówić. Kiedy po raz pierwszy możemy dać dziecku coś słodkiego?

Magdalena Czyrynda-Koleda: Im później, tym lepiej. Zdrowe nawyki żywieniowe powinny być kształtowane od najmłodszych lat. Każde dziecko do smaku słodkiego przyzwyczajone jest już od samego początku rozwoju – wody płodowe są słodkie. Niemowlę karmione piersią poznaje słodki smak mleka kobiecego. Można pokusić się o stwierdzenie, że dziecko przyzwyczajone jest do słodkiego smaku. Tutaj zaczyna się rola osób dorosłych, które powinny pokazać maluchom inną, szerszą paletę smaków. Im później do codziennej diety wprowadzimy słodkości, tym zdrowiej dla dziecka. Zmniejszymy łaknienie na słodkie i sprawiamy, że rzadziej będzie sięgało po czekoladę czy ciastko.

Jeśli zdecydujemy się na podanie dziecku czegoś słodkiego, od czego najlepiej zacząć? Czekolady, ciastka czy może cukierka z galaretką?

Nie nazwa, a skład produktu grają tu pierwsze skrzypce. Im bardziej naturalny produkt, bez dodatku cukru, konserwantów i sztucznych dodatków, tym lepiej. Na początku możemy dać dziecku ciastko lub batonik na bazie orzechów czy suszonych owoców. Zawsze zachęcam rodziców do wspólnego przygotowywania z dziećmi placuszków z dodatkiem jogurtu, mąki orkiszowej, banana, malin bądź innych owoców sezonowych. Sięgając po słodkości ze sklepowych półek z napisem „bez cukru” sprawdzajmy, czy nie zawierają sztucznych substancji słodzących, takich jak syrop glukozowy, syrop glukozowo-fruktozowy, słód jęczmienny czy maltodekstryna. Ich nadmierne spożywanie może przyczynić się w przyszłości do rozwoju otyłości, cukrzycy, zaburzeń hormonalnych czy chorób ze strony układu sercowo-naczyniowego.

Ile dziecko, przykładowo taki 5-6 latek, może zjeść słodkiego w tygodniu?

Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z młodszym dzieckiem, nastolatkiem czy osobą dorosłą – cukry proste w naszej diecie powinny stanowić maksymalnie 10 proc. dziennego zapotrzebowania energetycznego. Oznacza to, że 6-latek, którego średnia, dzienna podaż energii wynosi około 1400 kcal, nie powinien spożywać w ciągu dnia więcej niż 35 g cukru, co w praktyce oznacza około 7 łyżeczek cukru. Pamiętajmy, że w bilans ten wliczamy nie tylko cukier zawarty w słodyczach, ale również cukier naturalnie występujący w owocach świeżych czy suszonych.

A co w przypadku, gdy słodyczy chce spróbować dwulatek? Takie sytuacje najczęściej mają miejsce, gdy w domu jest starsze rodzeństwo, które zajada się czymś słodkim. 

Przykład zawsze idzie z góry. Rolą rodziców jest uczenie dzieci od najmłodszych lat zdrowych wyborów żywieniowych. Zróbmy wspólne zakupy, przygotujmy razem posiłek czy spróbujmy  nowych smaków. To świetna metoda, by pokazać każdemu członkowi rodziny, że „zdrowa dieta” może być smaczna i atrakcyjna.

Powinniśmy wystrzegać się pewnego zachowania, kiedy to starsze rodzeństwo bądź my sami chowamy się przed najmłodszymi w celu zjedzenia czegoś słodkiego tylko dlatego, że 2-latkowi nie wypada jeszcze podawać słodkich produktów. Wtedy ciężko jest zachować równowagę pomiędzy tym, ile rzeczywiście możemy zjeść,  a tym, jaka była realna konsumpcja słodkich przekąsek. Do tego rodzi w nas przeświadczenie, że tego typu produkty jemy tylko w ukryciu, nie wliczamy ich w codzienny bilans posiłku. Koło się zamyka.

Lepiej  każdego dnia dać dziecku po małym kawałku czekolady czy np. w weekend trochę więcej?

Decyzję pozostawiam rodzicowi, który to najlepiej zna swoje dziecko i z pewnością wybierze najrozsądniejsze rozwiązanie. U każdego sprawdzi się inna metoda.

To, nad czym należałoby się pochylić, to kwestia traktowania słodyczy jako karty przetargowej w różnych codziennych sytuacjach życiowych. Niejednokrotnie słodycze wykorzystywane są jako najlepsza, a może tak naprawdę najszybsza forma prezentu. Łatwo kupić jajko z niespodzianką, czekoladę czy słodki wafelek zamiast zastanowić się, co mogę dać dziecku w zamian – wspólny czas, książkę z naklejkami, mały samochód czy nowe kredki.

Tak jak w innych aspektach życia, tak i w kwestii słodyczy trzeba ustalić pewne obowiązujące zasady, których powinni przestrzegać wszyscy członkowie rodziny, nie dzieląc nikogo na równych i równiejszych. U jednych będzie to kisiel na podwieczorek, zaś u innych kawałek czekolady po obiedzie. Pamiętajmy, by pozostałe posiłki dziecka zbilansować w taki sposób, by nie zabrakło w nich żadnych substancji odżywczych.

Niektórzy rodzice wystrzegają się podawania dzieciom czegoś słodkiego. To dobre podejście? Nie wyrządzamy tym dziecku krzywdy? 

Zakazany owoc smakuje najlepiej i taka strategia na dłuższą metę nie zda egzaminu. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy mówimy naszemu dziecku, że nie może jeść słodyczy, ponieważ są niedobre i niezdrowe. Na wczesnym etapie dzieciństwa zapewne przyjmie to za pewniak i nie będzie dyskutowało. Jednak co takie dziecko pomyśli, gdy na urodzinach u koleżanki czy podczas wakacji u babci przekona się, że te słodycze wcale nie są takie niesmaczne jak rodzice przestrzegali i można je jeść. Zaczyna się jedzenie w ukryciu niekontrolowanych ilości. Przecież dzieci nie wiedzą ,kiedy znowu będą miały możliwość spróbowania batona czy czekolady z orzechami.

Nigdy nie zbudujemy dobrego fundamentu poprzez nakazy i zakazy. Spróbujmy w zamian wytłumaczyć naszemu dziecku, dlaczego nadmiar słodyczy w diecie jest niezdrowy i do czego może prowadzić w przyszłości. Wykorzystajmy jego wewnętrzną motywację, z której będzie korzystało w kolejnych latach, dokonując – miejmy nadzieję – zdrowszych wyborów żywieniowych.

Rodzice często mówią, że ich dziecko to niejadek, bo nie je obiadów czy kolacji, ale w jedzenie zapominają wliczyć wszelkich słodyczy.

To częsty błąd, który zdarza się wielu rodzicom, niejednokrotnie nieświadomie. Rzeczywiście skupiamy się zazwyczaj na głównych posiłkach, zapominając, co ląduje na talerzu naszego dziecka pomiędzy nimi. Niewinny batonik, kilka kawałków czekolady czy lód w wafelku zjedzony godzinę przed obiadem może spowodować, że o wyznaczonej porze posiłku nasze dziecko odmówi kaszy z rybą i warzywami. Nie dlatego, że danie jest nieatrakcyjne czy mu nie smakuje, natomiast najczęściej dlatego, że jego głód został zaspokojony chwilę wcześniej słodkim produktem, który szybko dostarczył mu potrzebnej energii. Gdy w ciągu dnia nazbiera się kilka takich słodkich przekąsek, możemy mieć przeświadczenie, że nasze dziecko jest niejadkiem i ma sporą wybiórczość pokarmową. Wybiórczość, która wynika z zaspokojenia swoich potrzeb żywieniowych słodyczami, a nie produktami o wysokiej wartości odżywczej.

Kolejny raz chcę podkreślić, jak ważna jest codzienna edukacja dzieci i ich rodziców oraz pokazanie, które produkty są źródłem białka, tłuszczy, węglowodanów złożonych czy witamin jako składników niezbędnych do prawidłowej pracy organizmu.

Często wydaje nam się, że dziecko nie je słodyczy, a zapominamy wliczyć w to lodów, waty cukrowej czy szejków. Takie „błędy, niedopatrzenie” popełniamy zwykle latem. 

Poszłabym o krok dalej. Nie zapominajmy o słodkich jogurtach, serkach, płatkach zbożowych z dodatkiem czekolady, miodzie czy wodach smakowych, które w wielu domach są podstawą codziennej diety dzieci. I co najsmutniejsze, nie traktujemy ich jako słodkości. Niestety to błędne postrzeganie tego typu produktów, które niejednokrotnie mają więcej cukru niż niejeden batonik czy ciastko. My, dietetycy, na każdym kroku powinniśmy edukować społeczeństwo, ucząc czytania etykiet i analizy składu produktów, wybierając tym samym zdrowsze alternatywy.

Zastanawiam się, czy słodycze jako nagroda np. za ładnie zjedzony posiłek czy dobre zachowanie, to dobre podejście? 

Zdecydowanie nie. To nadawanie funkcji jedzeniu, której nigdy nie powinno pełnić.

Nagroda zawsze dziecku kojarzy się z czymś pozytywnym. Jeśli za każdym razem będziemy je nagradzać słodyczami, wyrobimy w nim przeświadczenie na przyszłe lata, że tego typu produkty są czymś pozytywnym, niezbędnym naszemu organizmowi.

Kolejną pułapką w tego typu postępowaniu jest umniejszanie rangi zdrowotnej pozostałej grupy produktów spożywczych – jak produkty zbożowe czy mleczne. Jeśli za dobre zachowanie dziecko dostanie batonika a nie jogurt naturalny, to od razu wie, który produkt jest lepszy. Słodkość oferowana w zamian za pięknie zjedzony posiłek sprawia, że zarówno dziecko, jak i my zatracamy umiejętność responsywnego jedzenia uwzględniającego nasz realny głód i nasze potrzeby. Jemy nie tyle, ile potrzebuje nasz organizm w danej chwili, zaś tyle, ile ktoś od nas oczekuje. Jemy, by zdobyć „cenną nagrodę”.

A karanie dziecka brakiem słodyczy? Czy słodycze w ogóle powinny być kartą przetargową? 

Słodkie przekąski nie powinny być kartą przetargową i motywatorem do wykonywania pewnych czynności. Odpowiedzmy sobie na podstawowe pytanie – dlaczego karzemy swoje dziecko? I czemu ma służyć ta kara? Mamy zabrać mu przywileje i sprawić, by poczuło się jeszcze gorzej, czy realnie czegoś nauczyć i sprawić, by wyciągnęło konstruktywne wnioski i zrozumiało konsekwencje swoich zachowań. Zakaz słodyczy nie nauczy naszego dziecka rozwiązywania problemów czy rozładowywania emocji, a tylko spotęguje jego złość i poczucie niesprawiedliwości.

Posunę się jeszcze o krok dalej – słodycze na pocieszenie. Po niepowodzeniu w przedszkolu, kłótni z kolegami czy zdarciu kolana.

Poczucie radości, zadowolenia po spożyciu słodyczy przeczy ich neutralnemu nacechowaniu i czyni z nich antidotum na smutek, gorszy dzień czy inne problemy życiowe. To najkrótsza droga do uzależnienia od cukru w przyszłości i gwarancja chorób wynikających z jego nadmiaru w codziennej diecie. W takich sytuacjach zaczynamy jeść słodkości nie dlatego, że realnie mamy na nie ochotę i jesteśmy głodni, tylko dlatego, że chcemy odreagować stres. Z czasem rodzi się frustracja i poczucie winy, zwłaszcza u osób, które zmagają się z nadwagą i otyłością. Nie róbmy tego naszego dzieciom. Nie rzucajmy im kłód pod nogi od najmłodszych lat. Wspierajmy je i bądźmy drogowskazami w codziennym życiu, a w szczególności podczas dokonywania wyborów żywieniowych.

 

Magdalena Czyrynda-Koleda – dietetyczka z kilkunastoletnim doświadczeniem i rozsądnym podejściem do diety, która wyznaje zasadę, że „małe zmiany w dłuższej perspektywie prowadzą do dużych, długo wyczekiwanych efektów”. Współprowadzi poradnię „Z kaloriami na pieńku”

    Sprawdź powiązane tematy

    Posłuchaj podcastów stworzonych przez mamy dla mam!

    Sprawdź