Sylwia Kopka / fot. archiwum prywatne Sylwia Kopka / fot. archiwum prywatne

Czego nie uczą na szkole rodzenia? Jak zadbać o emocjonalne potrzeby swoje, partnera i dziecka. Sylwia Kopka zapełnia tę lukę

Gdy zachodzisz w ciążę, wszyscy pytają, jak się czujesz. I oczekują odpowiedzi, że dobrze. Sylwia Kopka, psycholożka i psychoterapeutka, nie wiedziała, jak odpowiadać na te pytania, gdy sama była w ciąży. I nie rozumiała, dlaczego nikt nie pyta o jej samopoczucie psychiczne, dlaczego nikt nie mówi o trudnych emocjach. Sama więc zaczęła o nich mówić. I właśnie na rozmowie bazują jej spotkania z przyszłymi rodzicami i “emocjonalna wyprawka dla przyszłych rodziców”.

Aleksandra Zalewska: Pamiętam, że kiedy się poznałyśmy, zajmowałaś się coachingiem. Ta rodzicielska odnoga twojej działalności pojawiła się w 2019 roku. Czyżby miało to związek z faktem, że sama zostałaś mamą?

Sylwia Kopka: Pomysł narodził się, gdy byłam w ciąży. I bardzo ogólnie to nazywając poczułam, że coś nie jest w porządku. Nie ze mną, ale z tym co się wokół mnie zaczęło dziać. Dosłownie ginęłam w ferworze umawiania wizyt, odmierzania suplementów, prowadziłam kalendarz, robiłam listy.

Pytałam siebie, gdzie w tym wszystkim jestem ja? Bo ja się martwiłam, miałam w sobie sporo niepokoju, jak to będzie, czy sobie poradzę, czasem niechęci i złości na to wszystko. Chciałam o tym rozmawiać, ale czułam, że zamyka mi się usta stwierdzeniami typu, “że to taki piękny stan”, że na pewno muszę być taka szczęśliwa.

A jak nie byłam szczęśliwa to słyszałam, że “to hormony i to mi przejdzie”. A ja nie czułam, że to hormony! Czułam, że moje obawy są na serio! Szybko doszłam do wniosku, że o trudnych uczuciach się po prostu nie rozmawia, że robi się dobrą minę do złej gry, a pytania o twoje samopoczucie to pytania wyłącznie o ten fizyczny wymiar.

Często czułam się samotna w tym wszystkim. Ze szkoły rodzenia pamiętam głównie naukę oddychania i mój strach, czy aby na pewno umiem oddychać przeponą, bo to takie potrzebne przy porodzie. Po powrocie do domu nie pamiętałam już większości tych ćwiczeń i zaleceń. Potem był szpital, a do szpitala chodzą chorzy ludzie i tak mnie traktowano. Jak pacjentkę, która musi słuchać.

Chciałam więc dać kobietom prawo głosu. Otworzyć przestrzeń do rozmawiania o tym, jak czujemy się w ciąży, nie tylko fizycznie a przede wszystkim psychicznie. Że można się bać, wątpić, nie chcieć. Że gdy się płacze to nie przez hormony, a realne problemy. Że można chcieć rodzić naturalnie, przez cesarskie cięcie, karmić piersią, bądź mieszanką i to wszytko jest ok. Że podczas porodu to kobieta jest ekspertką od swojego ciała i jej ciało wie, jak urodzić. Że po porodzie może być trudno, że fakt urodzenia zdrowego dziecka nie gwarantuje zalewającej fali miłości i szczęścia. Chciałam pomóc kobietom w spojrzeniu na siebie jak na człowieka z różnymi ułomnościami i kłopotami.

Kobiety w ciąży czują się różnie, trudno im godzić ambiwalentne uczucia. Gdy przeżywają miłość i złość jednocześnie, to czują się jak wariatki. Gdy starały się o dziecko lata, a w ciąży płaczą w poduszkę ze strachu, to ludzie pukają się w głowę. Gdy się wściekają, to powinny to robić w domowym zaciszu, bo to przecież nie jest kobiecie, a tym bardziej w stanie błogosławionym nie przystoi.

A to wszytko jest normalne! Trudne, ale normalne. Ponadto kobiety w ciąży chorują na depresję, która nieleczona łatwo przechodzi w depresję poporodową, a wtedy cierpi na tym również dziecko. Doświadczają zaburzeń lękowych i napadów paniki, z którymi ciężko się żyje zwłaszcza w ciąży.

I daleko, gdzieś w tyle stoi jeszcze ojciec, któremu też może być trudno, który często bezradnie obserwuje te wydarzenia i ma ochotę uciec w pracę, bo przynajmniej zarobi jakieś pieniądze. Postanowiłam się zająć się rodziną od tych najwcześniejszych etapów jej powstawania.

I tak powstało “rodzicielstwo szyte na miarę”. To dobre hasło, ale co się za nim kryje?

Przez rodzicielstwo szyte na miarę rozumiem takie rodzicielstwo, które jest możliwe dla danej rodziny. Kiedy bierzemy pod uwagę to, jakie jest dziecko, jaka jest matka i jaki jest ojciec i na podstawie tej wiedzy szukamy rozwiązań, które do nas pasują.

Rodzicielstwo szyte na miarę jest miejscem, gdzie dbam przede wszystkim o rodzica. Miejscem, gdzie nie ma gotowców, bo nie ma na świecie dwóch takich samych rodzin. To zawsze bardzo unikatowe połączenia i struktury.

Dzisiejsi rodzice toną wręcz w zalewie ekspertów od wychowywania. A ja wierzę, że to właśnie rodzic jest ekspertem od swojego dziecka. Tylko bardzo trudno jest rodzicom w to uwierzyć. Trudno się dziwić, bo żyjemy dziś skrajnie inaczej niż jeszcze dwa pokolenia temu. Mam na myśli domy wielopokoleniowe, w których było mnóstwo dzieci i mnóstwo kobiet. A tym samym mnóstwo wiedzy, doświadczenia, pomocy i wsparcia. Matka nie przebywała wyłącznie z dzieckiem, bo było wiele rąk, które mogły się tym dzieckiem zająć.

Obecnie, gdy mamy do czynienia z nuklearnymi rodzinami, gdy żyjemy w izolacji, pooddzielani od bliskich, to często mamy zerowe doświadczenia i zerową pomoc. A dziecko, które nam się rodzi, to pierwszy noworodek, którego widzimy na żywo i trzymamy na rękach. Więc jest się czego bać i w co wątpić. No i wątpimy w siebie, bo zamiast spojrzeć na siebie i swoją rodzinę, oglądamy się na innych.

W twoim gabinecie rodzice “patrzą na siebie”?

Zdecydowanie tak. Daleka jestem od tego, by wpychać rodziców w sztywne mundurki. Zachęcam do założenia tego, w czym nam po prostu wygodnie. Jeśli nam będzie wygodnie, to wygodnie też będzie naszym dzieciom. Zachęcam również do przyjrzenia się sobie. Do rozeznania się w tym, co jest dla nas trudne, a co łatwe.

Bardzo często poruszamy też tematy związane z różnicą między tym, jak opisujemy siebie jako na przykład Kaśkę i Janka, a jaki mamy w głowie ideał matki i ojca. Im bardziej Kaśka i Janek różnią się od swojego ideału matki i ojca, tym trudniej im w rodzicielstwie. Tym większy rozdźwięk i większa sztywność, ponieważ staramy się być kimś, kim nie jesteśmy.

Sylwia Kopka / fot. archiwum prywatne

Sylwia Kopka / fot. archiwum prywatne

Podam może przykład. Janek (tata) uwielbia spędzać czas jeżdżąc na rowerze. Uważa, że dobry ojciec to ojciec układający z dzieckiem klocki. I Janek poci się przy tych klockach, bo z jakiegoś powodu uważa, że tak należy. Może jego ojciec przykładał do tego dużą uwagę, a może jakiś mężczyzna, którego w życiu podziwia, tak robił? Robi tak, zamiast zamontować fotelik na rowerze i pojechać na przejażdżkę razem z dzieckiem. Zadowolony ojciec na rowerze jest zawsze lepszy niż sfrustrowany przy klockach, które pojawiają się z jakiegoś poczucia powinności.

O czym jeszcze rozmawiasz z rodzicami, którzy przygotowują się do przyjścia dziecka na świat?

Bardzo dużo rozmawiamy o ich wyobrażeniach, oczekiwaniach i lękach. Tych lęków jest naprawdę dużo i one są zupełnie normalne. O ile o lękach kobiet jeszcze czasem się mówi, o lękach mężczyzn – zdecydowanie za rzadko, a ojcowie boją się, czy odnajdą się w nowej roli, czy nie zrobią dziecku krzywdy, czy jeszcze będą przesypiać noce i uprawiać seks, czy nie pójdą w odstawkę, czy dadzą radę wspierać partnerkę podczas porodu.

Ale oprócz mówienia o lękach, odpowiadamy też na inne pytania. Jak wyobrażamy sobie czas połogu? Jakie mamy wyobrażenia na temat dziecka? Jakie mamy wyobrażenia na temat opieki nad niemowlęciem? Czego obawiamy się w byciu ojcem/matką? Czego potrzebujemy od siebie nawzajem, by się wzmocnić na nadchodzący czas? Kwestie organizacyjne, choćby kwestia gości w czasie połogu, ile czasu w domu zostaje tata, czy zatrudniamy nianię, prosimy o pomoc mamę, etc.

To są pytania, na które można odpowiedzieć poza gabinetem, prawda?
Jasne, że tak! Nie jest ważne, gdzie sobie zadamy te pytania, ważne, żeby je zadać i szczerze na nie odpowiedzieć. Mamy tendencję do robienia założeń. Coś wydaje się nam tak oczywiste, że nawet nie poruszamy tego tematu a finalnie okazuje się, że dla drugiej strony to nowość nie do przyjęcia. Zdecydowanie, żeby lepiej „wyszło” to przed przyjściem dziecka na świat niż po.

Czyli te odpowiedzi są “emocjonalną wyprawką”, o jakiej często mówisz?

Tak, mam na myśli taki właśnie przegląd siebie, może konsultacje z psychologiem, by porozmawiać o tym, z czym jest nam trudno. Gdy mamy jakiś kłopot, gdy „podszyci” jesteśmy lękiem, to mamy tendencję do koncertowania się na sobie. Jesteśmy sobą zaabsorbowani, a to utrudnia nam nawiązanie kontaktu z dzieckiem, wczucie w jego sytuację. Uważam, że im lepiej rodzic ma się sam ze sobą, tym prościej będzie mu w rodzicielstwie. Mam na myśli też kondycję związku. Jeśli dobrze się w tym związku czujemy i druga strona też czuje się dobrze, to na pewno może nam to pomóc.

To jaką mamy atmosferę w związku, przekłada się z pewnym stopniu na to, do jakiego klimatu emocjonalnego zapraszamy nasze dziecko.

Kolejną kwestią jest otwartość na naukę. Pracując z rodzicami w okresie połogu bardzo często spotykam się z zarzutami, jakie rodzice mają do siebie, czasem do dziecka i do całego świata, że czegoś nie potrafią. Na samej górze figuruje karmienie piersią. Dziecko źle się przystawia, nie umie ssać, ja nie potrafię go przystawić, nie najada się, przejada się, ma za krótkie wędzidełko etc. Uważamy, że skoro karmienie piersią jest takie naturalne, to będziemy to po prostu potrafiły. Ale to przecież umiejętność, którą musimy nabyć. Musimy poćwiczyć, sprawdzić, co będzie odpowiadało nam najbardziej i co najbardziej będzie odpowiadało dziecku.

Myślę, że jeśli jest tak, że nie trafiamy za pierwszym razem w najlepsze rozwiązanie, to mamy do siebie pretensje, że niedostatecznie się przygotowaliśmy, że nie mamy kompetencji do bycia rodzicem, że nie radzimy sobie. Nie dajemy sobie czasu. Nie dajemy sobie szansy, by nie wiedzieć. A przecież skąd mamy to wiedzieć, skoro robimy to pierwszy raz w życiu? Nie dajemy sobie szansy, by próbować i popełniać błędy. Ale taki jest dzisiejszy świat i tacy chcą być rodzice. Skuteczni i zorganizowani. Może w korporacjach służy to realizacji stawianych celów, jednak w rodzicielstwie przysparza kłopotów.

Kolejną kwestią jest wiara w instynkt macierzyński rozumiany przez rodziców jako swoista instrukcja obsługi, do której kobieta zyskuje dostęp, gdy zachodzi w ciąże. To też nas gubi, bo czekamy na wiedzę, która na nas spłynie, a ona często nie spływa.

Coraz częściej mówi się o tym, że instynkt macierzyński nie istnieje, a umiejętność zajmowania się dzieckiem to doświadczenie, którego kobiety mieszkające w domach wielopokoleniowych kiedyś miały znacznie więcej, a którego z logicznych powodów brakuje dzisiejszym młodym rodzicom.

Złość, zmęczenie, niechęć do partnera – to emocje, sytuacje, w których młoda mama często jest zupełnie sama. Nie mówi się o nich. No może trochę o zmęczeniu. Jak myślisz, dlaczego mamy tak odrealniony obraz pierwszego okresu macierzyństwa? Dlaczego wstydzimy się powiedzieć, że wkurza nas partner, który beztrosko przesypia całe noce albo że złościmy się na dziecko, które budzi się co kwadrans?

Myślę, że bardzo chcemy sobie radzić. Gdy nam trudno, to zachowujemy to dla siebie. Nie chcemy, by ktoś pomyślał sobie, że z nami jest coś nie tak. Boimy się oceny. Dlatego już chyba wolimy być same ze swoimi problemami, bo dzielić się nimi trudno, bo jest bardziej niż pewne, że spotka nas ocena. Surowa ocena. Nie znam większego pola do popisu, jeśli chodzi o ocenianie, niż macierzyństwo.

Niestety, ale często bywa tak, że to matka jest obwiniana za wszystko i za wszystko odpowiedzialna. Każde niepowodzenie dziecka to porażka matki. Ale zapominamy, chyba że dzieci też przychodzą na świat jakieś i mogą mieć trudne temperamenty i przede wszystkim zapominamy o tym, że dziecko ma jeszcze ojca.

Przyjęło się, chyba też, że cierpienie w macierzyństwie to norma. Dlatego godzimy się na wiele rzeczy i wiele rzeczy wytrzymujemy. Ale cierpienie nigdy nie jest normą, chyba że mówimy o ideale umęczonej matki-polki. Niby nie chcemy takie być, a mimo to stawiamy sobie ten obraz za wzór i codziennie, pełne frustracji, gonimy go, zaciskając zęby… same.

Co w takim razie robić?

Być dla siebie wyrozumiałą i dbać o siebie. Piszę to i jednocześnie wiem, że to bardzo trudne, ale jeśli będziemy się nadużywać, to będziemy nieszczęśliwe. I tu znów wracamy do pracy nad sobą.

Pierwszym krokiem jest rozmawianie z innymi. To naprawdę pomaga. Grupy wsparcia, kobiece wioski to szansa na zobaczenie, jak jest u innych. Skoro inna mama tak ma, to znaczy, że może tak po prostu jest, może faktycznie jest to trudne, a nie, że ja czegoś nie potrafię, czy nie ogarniam! Jeśli rozmowa z bliskimi bądź grupa wsparcia nie pomoże, warto skonsultować się ze specjalistą. I nie oznacza to, że jest z nami już bardzo źle. Oznacza to jedynie, że mamy kłopot i chcemy go rozwiązać. To nie jest powód do wstydu a objaw troski o siebie i swoją rodzinę.

Kolejną kwestią, która może pomóc to uznanie, że dziecko ma jeszcze ojca. I tu kłopot jest taki, że uważamy nadal, że dziecko to głównie sprawa matki, a poza tym jako matki jednak czujemy lekki niepokój, gdy ojcu z dzieckiem idzie dobrze lub radzi sobie z nim lepiej niż my. Odpowiedzialność za dziecko spoczywa w takim samym stopniu na matce jak i na ojcu. Często mydlimy sobie wszyscy oczy kwestiami zawodowymi mężczyzny, ale odpowiedzialność za dziecko to nie kwestia czasu bądź jego braku tylko wewnętrznych możliwości i zaangażowania.

Świadomość odpowiedzialności za własne uczucia to również ważny i pomocny aspekt. Czasem stajemy się więźniem sytuacji, ponieważ uważamy, że to jak jest, jest kompletnie niezależne od nas. Jeśli nie widzimy w swojej aktualnej sytuacji życiowej swojego udziału a źródło problemu lokujemy na zewnątrz, to też nam to nie pomaga. Czasem słyszę – gdyby tylko moje dziecko/mąż/matka/teściowa byli inni, to mój problem by zniknął. No nie do końca tak jest.

Macierzyństwo jest trudne i wymaga od nas ogromnej samoświadomości. Ale jest niesamowicie satysfakcjonujące. Jak praca z rodzicami. Wiesz, kiedy czuję, że to co robię, ma sens? Gdy widzę, czuję, słyszę, że napięcie schodzi. Gdy mama i tata boją się mniej i nadchodzi taki moment, że mają możliwość trochę „zejść z siebie”, zauważyć i zaopiekować się swoim dzieckiem. Gdy kurz po wojnie, którą prowadzili czy to z samym sobą, czy partnerem/partnerką, teściową opada i pojawia się miejsce na troskę i miłość do siebie. Bo może to brzmi banalnie, ale ja wierzę, że miłość potrafi zwyciężyć i uleczyć. Miłość do dziecka, ale przede wszystkim – do siebie.

Sprawdź powiązane tematy

newsletter-main

Wszystko, czego potrzebujesz
na Twoim mailu

Newsletter Hellomama da Ci dostęp do materiałów tworzonych z myślą o Tobie i Twoim dziecku.

    newsletter-main-decorator
    newsletter-staying

    Zostań z nami jeszcze chwilę!

    Zapisz się do newslettera HelloMama

    Zyskaj dostęp do materiałów tworzonych z myślą o Tobie i Twoim dziecku.

      newsletter-staying-decorator-1
      newsletter-staying-decorator-2

      Dziękujemy za zapis do newslettera!

      Sprawdź swoją skrzynkę mailową
      i kliknij link aktywacyjny, aby potwierdzić subskrypcję.

      newsletter-staying-decorator-1
      newsletter-staying-decorator-2