archiwum prywatne

Dla swojej córki wywalczyła ponad milion złotych odszkodowania za błąd lekarski, który popełniono przy porodzie. Dziś pomaga innym rodzicom. Rozmawiamy z Agnieszką Lukowską, mamą Zuzi

Gdy 14 lat temu zaczęła rodzić swoje drugie dziecko, jedyną niespodzianką, jakiej oczekiwała, była jego płeć – razem z mężem zdecydowała, że wcześniej nie muszą jej znać. Ostatnie 50 minut na sali porodowej skończyło się jednak tym, że – jak się okazało, dziewczynka, Zuzia – nie przyszła na świat zdrowa, a z dziecięcym porażeniem mózgowym. Zawinił błąd lekarza. Po latach mama Zuzi, Agnieszka Lukowska, postanowiła zawalczyć o fundusze dla swojego dziecka. Sądową batalię stoczyła wspólnie z mężem, ale bez adwokata.

Anna Sierant: Czy mogłaby pani cofnąć się wspomnieniami w czasie i opowiedzieć, jak przebiegała sama ciąża? Według badań rozwijała się ona prawidłowo?

Agnieszka Lukowska: Tak, przez całe 9 miesięcy ciąża przebiegała wręcz książkowo, próbowano się „przyczepić” do anemii, ale była to częsta anemia ciążowa, którą przechodzi wiele kobiet. Poza tym nic mi nie dolegało.

A jak przebiegał sam poród – czy mogliście państwo liczyć na jakiekolwiek wsparcie personelu? Jakie działania lekarza spowodowały, że Zuzia urodziła się z dziecięcym porażeniem mózgowym?

Nic nie zapowiadało tragedii, jaka wydarzyła się nad ranem 27 maja 2009 roku o godz. 6:25. Do szpitala przybyliśmy z mężem po 3 w nocy. Zostałam przyjęta na porodówkę, akcja porodowa postępowała. Lekarz wszedł na salę, powiedział położnej, że ma dać mu znać, jak będę rodzić, i wyszedł. Około 5:45 akcja skurczowa ustała.

Był to mój drugi poród, wiedziałam więc, że właśnie zaczyna się to samo, co przy pierwszej córce, czyli brak postępu. W pierwszej ciąży od razu zdecydowano o wykonaniu cesarskiego cięcia. Tym razem też były ku temu wskazania, miałam to nawet zapisane w dokumentacji położniczej. Mimo moich błagań, krzyków męża, gorączkowych poszukiwań lekarza nikt nie przyszedł aż do 6:20.

Moje dziecko dusiło się we mnie, a jedyne, co zrobiła położna, to wypowiedziała słowa: „Drugi raz rodzi i nadal rodzić nie umie”. Z tymi słowami żyłam wiele lat, wierzyłam, że to rzeczywiście była moja wina.

Zulka / fot. archiwum prywatne

Znikąd nie było pomocy?

W końcu pojawił się lekarz i w popłochu stwierdził, że coś jest nie tak. Podał mi dożylnie kolejną dawkę oksytocyny, co poskutkowało lekkim skurczem. I tyle, nic więcej się nie działo. Potem krzyczał na mnie, na zmianę z położną, że mam przeć. Tylko jak to robić, kiedy nic się nie czuje? Następnie przecięto mi krocze, a potem nastąpiło coś zatrważającego: lekarz położył mi się na brzuchu i wypchnął dziecko. Było fioletowe, napuchnięte, bez jakichkolwiek reakcji. Wezwano zespół, reanimacja trwała 15 minut, zabrano je na OIOM. Wtedy nadal nie wiedzieliśmy nawet, czy to chłopiec, czy dziewczynka.

Co działo się po porodzie?

Pozszywano mnie i zabrano na salę poporodową, gdzie inne matki przebywały ze swoimi zdrowymi noworodkami. Chyba nigdy nie przeżyłam takiej traumy i cierpienia. Zuzia urodziła się o 6:25, a dopiero około godziny 11:00 przyszedł ktoś z personelu i powiedział, że dziecko żyje i zaraz będziemy mogli do niego jechać. Posadzili mnie na wózek i bez słowa, bez odpowiedzi na moje pytania, zawieźli na oddział intensywnej terapii. Gdy pierwszy raz zobaczyłam Zuzię, pomyślałam, że jest spuchnięta jak kuleczka. I tak stała się naszą Zulką-Kulką. Leżała podpięta pod maszyny z WOŚP – tak, to one ratowały jej życie w tamtym momencie.

Na intensywnej terapii spędziłyśmy miesiąc, nie opuszczałam Zulki na krok. Zdarzało się, że od pielęgniarek słyszałam: „Co oni zrobili z waszym dzieckiem?”. Sam OIOM wspominam jednak mimo wszystko dobrze. Otrzymałam tam niemało pomocy, dużo też się nauczyłam.

A kiedy otrzymaliście państwo diagnozę?

Już w 8. miesiącu życia Zuzi usłyszeliśmy: „to mózgowe porażenie dziecięce”, najgorsze z możliwych, czyli czterokończynowe. Neurolog powiedział nam: „Wasze dziecko będzie rośliną, długo nie pożyje”.

To był szok. Wtedy dosłownie poczułam, że i ja sama nie chcę żyć. Na szczęście miałam wokół siebie męża, starszą córkę, moją mamę i przyjaciół. Oni wszyscy, ale nade wszystko mąż, bardzo mnie wspierali.

Kiedy postanowiliście walczyć o odszkodowanie i uznanie błędu lekarskiego? Podobno w tym czasie miała pani Kodeks cywilny w małym palcu, bo w sądzie nie korzystaliście państwo z pomocy adwokata?

Właśnie wówczas, gdy ja już prawie się poddałam, nie miałam sił, by walczyć, mąż zaczął działać, chodził od adwokata do adwokata. Nikt jednak – przez kolejne 3 lata – nie chciał się podjąć wzięcia naszej sprawy, słyszeliśmy, że ze szpitalem się nie wygra. 11 lat temu takie przekonanie było powszechne, a ja cały czas chyba też w tę wygraną nie wierzyłam, nie przestawałam sobie powtarzać, że to moja wina, że nie umiem rodzić… Tak, jak powiedziała tamta położna.

Jednocześnie jeździłam z Zulką na turnusy, by jednak tą rośliną, o której mówił lekarz, nie została. Na jednym z turnusów poznałam dziewczynę, która już walkę rozpoczęła. Dała mi namiary na dr. Ryszarda Frankowicza, założyciela Stowarzyszenia Obrony Praw Pacjenta, zajmującego się błędami medycznymi. I to był zwrot o 180 stopni, który już na zawsze pozytywnie zmienił nasze życie i dał nadzieję na wygraną.

Doktor Frankowicz powiedział mi: „Albo będziesz siedzieć i płakać dalej, albo zawalczysz”. Nie mieliśmy adwokata, ale w sądzie w Bydgoszczy stawaliśmy sami przeciwko najlepszym adwokatom szpitala. I choć wcale nie było łatwo, nie poddaliśmy się. I tak, kodeks w pewnym momencie już nawet mi się śnił. Po 6 latach w końcu wygraliśmy!

Ten pierwszy wyrok państwa jednak nie do końca zadowolił. Szpital też złożył apelację?

Tak, na mocy wyroku mieliśmy otrzymać 800 tysięcy złotych zadośćuczynienia, postanowiliśmy jednak się odwołać. Dzięki apelacji wywalczyliśmy dodatkowe 400 tysięcy złotych. Łącznie Zulka wygrała w sądzie 1,2 miliona złotych, dożywotnią rentę, a także dożywotnią opiekę szpitala. Potem walczyliśmy o kolejne zadośćuczynienie – tym razem dla nas, rodziców, za zerwane więzi. Druga sprawa trwała dwa lata. Była szybka, dość prosta, również poprowadziliśmy ją bez adwokata. Tutaj przypozwanym był również lekarz. Poniósł odpowiedzialność finansową. Ponownie wygraliśmy sumę bliską pierwszej. Satysfakcja była więc ogromna, gdyż obie kwoty były jednymi z największych jak na tamte czasy (pierwsza sprawa zakończyła się w roku 2018, druga – w 2020).

Jak czuli się państwo po wygranej?

Naszym celem było m.in. to, by o wyroku mówić głośno, by inni rodzice mieli szanse dowiedzieć się, czy z ich dzieckiem nie stało się podobnie. Zależało mi, by czytając o nas, uwierzyli, że i oni mogą wygrać, bo przecież ich dzieci będą niepełnosprawne już do końca życia, a nikt im niestety nie da tysięcy złotych na choćby miesięczne leczenie.

Wierzę, że rodzice będą walczyć. Mają czas do 20. roku życia dziecka. Pomogę.

Wygrana nie oznaczała dla pani końca działań. W gminie Sicienko w województwie kujawsko-pomorskim, gdzie mieszkacie, wybudowaliście miejsce, w którym dzieci mogą otrzymać pomoc. Jakiego rodzaju?

Po wygraniu drugiej sprawy postanowiliśmy z mężem przeznaczyć zasądzone pieniądze na nowy dom, dostępny dla Zulki. Ten stary nie był dostosowany do potrzeb dziecka z niepełnosprawnością. Zulka miała też już wtedy 12 lat, więc coraz ciężej było mi ją dźwigać. Sprzedaliśmy więc nasz mały kochany domek fajnym ludziom i wybudowaliśmy się 500 metrów dalej. (śmiech)

Oczywiście musiało być pod górkę. W trakcie budowy zawalił się strop. Na szczęście nikt nie ucierpiał, ale znów musiałam sobie poradzić z ogromnym problemem. Nie na długo – z pomocą przyszło nam ponad 100 osób, które w ciągu godziny zebrały się z łopatami, taczkami, przyjechała także nasza lokalna straż pożarna. W ciągu kilku godzin teren był wysprzątany, jakby nic się nie stało. Wówczas powiedziałam sobie, że ten dom będzie niósł pomoc.

Zuzia miała 2 latka, gdy przestała mówić i stawać, cofała się w rozwoju z każdym miesiącem i tygodniem. Diagnoza: zespół Leigha

Polecamy

Zuzia miała 2 latka, gdy przestała mówić i stawać, cofała się w rozwoju z każdym miesiącem i tygodniem. Diagnoza: zespół Leigha

"Moglibyście zagrać w lotka". Słowa lekarki Justyna Wyka pamięta do dziś. Usłyszała je dziesięć lat temu, gdy neurolog objaśniała diagnozę jej córki. W tej grze, którą jest życie, z mężem Kornelem nie wyciągnęli szczęśliwego losu: Zuzia urodziła się z bardzo rzadką i nieuleczalną chorobą, uszkodzone geny odziedziczyła po rodzicach. "To trafienie raz na milion".

Czytaj

I tak się dzieje.

Utworzyliśmy dwa gabinety – neurologopedii i masażu. Mamy też całoroczny basen. Przyjeżdżają do nas na zajęcia niepełnosprawne dzieci z całej gminy, działam również w Stowarzyszeniu Inicjatyw Lokalnych Dobry Start z Kruszynie, naszej miejscowości.

Już wiele lat temu utworzyłam też na Facebooku Licytacje u Zulki-Kulki – od dwóch lat są tam tylko aukcje, z których dochód przekazujemy właśnie na opłaty za rehabilitacje dzieci w naszym domu. Za nic innego rodzice nie płacą. Gabinety odstąpiliśmy terapeutom całkowicie za darmo. Chcemy pomóc tym, którzy mają troszkę ciężej do nas i odciążyć ich finansowo. Dziękuję wszystkim licytującym i wspierającym fantami. Bez was byłoby ciężko!

Jak obecnie wygląda typowy dzień Zuzi? Zapewne w grafiku musi się znaleźć czas na rehabilitację, a co Zuzia najchętniej robi w czasie wolnym od wszelkich ćwiczeń?

Aktualnie nie jeździmy na turnusy, bo wszystko mamy w domu. Korzystamy z terapii niezbędnych do życia tu, w naszych okolicach i w domku. Zulka chodzi też cztery razy w tygodniu do szkoły w Kruszynie lub szkoła przyjeżdża do niej – gdyby tylko więcej było takich szkół w Polsce!

Przy tej okazji podziękuję także terapeutom za okazane nam serce, rodzinie, znajomym, wspomnianemu wyżej Stowarzyszeniu, w którym działam, gminie Sicienko, w której mieszkam – jeśli ktoś szuka najlepszego miejsca do zamieszkania, to zapraszam do nas!

Kuleczka korzysta z całej tej życzliwości, w wolnym czasie słucha najbardziej chyba rytmicznej muzyki, czyli disco polo, oraz gra w karty Uno Spin. Kocha basen, więc codziennie dwie godzinki pływamy. Myślę, że w tym naszym Kruszynie udało nam się stworzyć dla niej raj na ziemi i choć w taki sposób wynagrodzić to, przed czym nie udało nam się jej uchronić.

Zulka do końca życia będzie niepełnosprawna i zależna od drugiej osoby. Moim marzeniem jest, by odeszła dzień przede mną. Ma siostrę, którą kocha z wzajemnością, ale wiadomo, że nie mamy prawa obciążać zdrowej córki opieką nad Zulką. Mam po prostu nadzieję, że obie będą szczęśliwe.

A czy w tym wszystkim zostaje pani czas tylko dla siebie?

Czas dla mnie? Zupełnie mi go wystarcza, gdy Zulka jest w szkole czy na rehabilitacji. Żałuję tylko, że przez prawie 14 lat miałam za mało czasu dla starszej córki. W zeszłym roku po raz pierwszy spędziłyśmy ze sobą tydzień tylko we dwie – poleciałyśmy razem do Dubaju. Werka skończyła 18 lat, a to był prezent życia dla nas obu. Ależ ten czas leci! Łapcie chwile, kochane i kochani. Nigdy nie wiadomo, kiedy ten czas na nas przyjdzie.

    Sprawdź powiązane tematy

    Posłuchaj podcastów stworzonych przez mamy dla mam!

    Sprawdź