Cesarskie cięcie ze strachu „Żałuję cesarki, bo uciekłam przed ważnym momentem, bo byłam tak pogmatwana w środku” Westend61/Getty Images

Cesarskie cięcie ze strachu

Spis treści:

Ola jest mamą prawie 3-letniego Bruna. Urodziła go przez cesarskie cięcie, dziś żałuje tej decyzji. – Nie było wskazań innych niż mój lęk. A z nim mogłam pracować – mówi Ola.

Cesarskie cięcie ze strachu – historia Oli

Ewa Kaleta: Napisałaś w wiadomości do mnie, że bardzo bałaś się porodu, od zawsze słyszałaś w domu, jakim piekłem jest urodzenie dziecka.

Ola: Tak. Moja mama opowiadała o tym, jak rodziła mnie trzy dni, w koszmarnych skurczach.

Wpędzając cię tym samym w poczucie winy?

Chyba chciała mi w ten sposób udowodnić, jak mnie kochała. Jak się dla mnie poświęciła. Zresztą problemem nie był tylko ból, ale też to, że te dwadzieścia siedem lat temu była samotną matką. Ojciec nie chciał dziecka, uciekł, więc ona została zupełnie sama.

Czyli ból i samotność. Zamiecione „pod dywanik” Matki Polki.

Dokładnie tak mi to było podawane. Zresztą myślę, że wiele kobiet tak opowiada o swoim macierzyństwie dzieciom – „Popatrz jak się poświęciłam, musisz to wiedzieć i odpowiednio się zachowywać”. Znałam wiele porodowych detali, już jako dorastająca dziewczynka. Bo akurat przy mnie mama opowiadała ciężarnej cioci, co ją czeka.

Chciałaś mieć potem dzieci?

No skąd! Ale jak to mówiłam, już jako nastolatce mama mi mówiła: „Zmieni ci się”. Byłam pewna, że mi się nie zmieni i rzeczywiście przez lata nie myślałam o dzieciach. Już może nie z powodu mamy i tej jej traumy, ale bardziej przez ojca, a właściwie jego brak.

Co się stało, że zmieniłaś zdanie?

Zakochałam się w moim mężu – Jacku. To był mój kolejny poważny związek, ale pierwszy taki klasyczny. Oświadczył się, chciał założyć rodzinę. To mi się wydało takim niebem, że ktoś mnie chce do takiego „ciepłego” świata. Wcześniej tym gardziłam, ale w kontekście Jacka, jak miałam stać się częścią takiego domowego środowiska, to poczułam, że bardzo tego chcę, że to wszystko będzie super partnerstwem. Rok po ślubie zaszłam w ciążę, to była trochę planowana wpadka. Do dzieci nie byłam przekonana, więc decyzję puściłam wolno. Odstawiłam tabletki i niespecjalnie liczyłam dni płodne. Na zasadzie „co ma być, to będzie”. Zaszłam w ciążę po pół roku. I wcale się nie ucieszyłam.

Pętla na szyi?

Strach, że wszystko straciłam, że ten cały dom i wizja rodziny, to nie dla mnie. Poczułam, że chcę uciec ze swojego życia i ciała, i to w trakcie ciąży do mnie wracało. Bardzo bałam się bólu porodowego, nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tak mocno wróci do mnie ten lęk. Ale wrócił. Miałam sny, że umieram i stan depresyjny. Oczywiście wszyscy mówili, że to hormony pierwszego trymestru, owszem to też. Ale źródłem było to ugruntowane przekonanie, że mnie ten poród zabije.

Zabije? Aż tak? Skąd ten pomysł?

Nie mówiłam o tym na głos, bo przez długi czas nie byłam tego do końca świadoma, ale też bałam się oceny. Miałam takie sny, że dziecko się rodzi, a ja je widzę z góry, jakby poza ciałem. Moja terapeutka potem pomogła mi poradzić sobie z tym lękiem. Zrozumiałam też, że to taki podwójny lęk, przed śmiercią prawdziwą i symboliczną. Ale zanim trafiłam do terapeutki minęło dużo czasu, a ja dostawałam systematycznie ataków paniki. Lądowałam w szpitalu, w ósmym miesiącu miałam objawy zawału serca.

Co na to twój mąż?

Był przerażony, bał się o ciążę. Oboje zresztą wpadliśmy w histerię i robiłam wszystkie badania, jakie mogłam, powtarzałam te zalecone przez lekarza po kilka razy.

Uspokoiło cię to?

Uspokoiło, ale ataki paniki wracały, bałam się, że urodzę wcześnie, że się nie uda wyrobić z tą cesarką. Bałam się skurczy przedwczesnych. W okolicach ostatniego trymestru lęk przed rozwiązaniem uderzył z taką samą siłą, jak na początku. Ataki paniki, ogólny strach, jakiś paraliż, jakbym się żegnała z życiem. Poza tym ciągle, wszystkim powtarzałam, że to cesarka na życzenie, więc wiele kobiet mnie męczyło pytaniami – „A dlaczego nie chcesz naturalnie?”, „To złe dla dziecka, dlaczego je narażasz?”, „Dlaczego nawet nie spróbujesz?”, to były też tak naprawdę moje wątpliwości, więc dlatego tak bardzo się tymi sugestiami przejmowałam.

Jak reagowałaś na te pytania?

Agresją najczęściej. Złością, która mnie spalała. Nikt nie chciał mnie zrozumieć, że ja się po prostu boję. Potem zaczęłam kłamać, że mam takie zalecenie, z powodu wady wzroku, więc trochę mi odpuścili. Ale ja bałam się nadal. Zdaje się, że nawet kilka razy wyrzuciłam mojej mamie przez telefon, że ja się tak boję przez nią. Ale ona z kolei wypierała się tego, że tak narzekała na poród. No byłam wtedy już trochę w schizofrenicznym świecie. Raz przypomniałam jej, jak otwarcie mówiła swojemu drugiemu mężowi, że ona już żadnego dziecka nie urodzi, że musi sobie inną znaleźć, bo ten ból i pieluchy to nie dla niej. I nagle na chwilę jej się przypomniała. I zmieniła front, mówiła że jak cesarka, to przecież nie ma się co bać.

Co było dalej?

Miałam atak paniki, jadąc do szpitala na umówioną cesarkę, 22 maja. Nie mogłam oddychać, podali mi jakieś leki. Wszystko było ok. Synek ponad 3 kg, malutki, ale zdrowy. Poczułam wielką ulgę. I zaczęła nadchodzić odwilż – jak ja to nazywam. Patrzyłam na synka i zaczęłam się zastanawiać, czy ja uciekłam przed jakimś ważnym, naszym wspólnym, momentem. Kiedy o tym mówiłam, z kolei wszyscy mówili, że przesadzam, że po co się nad tym zastanawiam, po fakcie. Ale dręczyło mnie to. Nie czułam się najlepiej po ciąży, hormonalny koktajl długo działał. Poszłam do lekarza, wysłał mnie do psychiatry, dostałam antydepresanty, wspomniał o terapii.

Poród był treścią twojego stanu?

Absolutnie nie, nawet wydawało mi się przez chwilę, że dzięki temu, że to była cesarka, nie mam depresji poporodowej.

Ale okazało się, że jednak ją miałaś?

Miałam i zaczęłam się leczyć. Leki plus terapia. Zaczęłam jakoś to moje macierzyństwo akceptować. Odnajdywać się w sobie i w zmianach w moim życiu. Wtedy też dotarło do mnie, że cesarka to był sposób na to, żeby sobie z macierzyństwem poradzić. Miałam różne zupełnie nieświadome myśli na temat tego, przed czym ta cesarka mnie uratuje. Wolę do nich nie wracać, to po prostu świat fantazji, który brzmi irracjonalnie.

Cesarskie cięcie ze strachu – czy to był błąd?

I dziś żałujesz cesarki. W efekcie terapii?

Nie, nie. Żałuję, bo uciekłam przed ważnym momentem, bo byłam tak pogmatwana w środku. Nie chciałam przyjąć całości tego doświadczenia.

Dziś podjęłabyś inną decyzję?

No pewnie, zresztą mam nadzieję, że następne dziecko urodzę naturalnie, chociaż to trudne. Nie płaczę codziennie z powodu cesarki, ale dziś wiem, że jestem na tyle silna, że dałabym radę. Jestem po dwóch latach terapii i inaczej patrzę na życie i swoje decyzje. Inaczej patrzę na ból i trudności. Nie rozliczam się i nie gnębię za cesarkę, którą wybrałam jako mniejsze zło. Wtedy byłam takim człowiekiem, podjęłam decyzje, które musiałam. Rozumiem siebie z przeszłości, po prostu dziś jestem inną kobietą. I nie odebrałabym sobie doświadczenia naturalnego porodu.

Obwiniasz za to mamę? Albo partnera, że nie reagował mądrzej na te ataki paniki?

Nikogo nie obwiniam. Sama uciekłam przed bólem, przed sobą samą, przed swoją głową. Nie łączę historii mojej mamy, z moją. Nie porównuję i nie obwiniam. Moja mama to moja mama, a ja to ja. Robiła co mogła, tak jak ja.

Co byś powiedziała dziewczynom, które decydują się na cesarkę ze strachu przed porodem?

Powiedziałabym im, żeby poszły na jedną sesję do terapeuty i dopiero potem zdecydowały. Może to nic nie zmieni, a może zmieni wszystko, coś otworzy, coś obudzi.

    Sprawdź powiązane tematy

    Posłuchaj podcastów stworzonych przez mamy dla mam!

    Sprawdź