Naturalna odporność / istock

„Układ odpornościowy zdecydowanie lepiej pracuje, gdy człowiekowi jest chłodniej niż za ciepło”. Fragment książki „Naturalna odporność” Matki Aptekarki

"Naturalna odporność" to praktyczny poradnik, w którym znajdują się konkretne wskazówki, jak przez dwanaście miesięcy w roku wspierać układ odpornościowy całej rodziny. Odpowiednia ilość snu, zbilansowana dieta czy zadbanie o komfort termiczny to tylko kilka puzzli większej układanki. Autorka przedstawia też długą listę naturalnych wspomagaczy odporności i wskazuje, które z nich działają, a które mogą co najwyżej zapewnić efekt placebo. A jeśli dojdzie już do choroby, Matka Aptekarka krok po kroku doradzi, jak z nią walczyć bez popadania w niebezpieczną przesadę. Dzieli się także „smakowitymi” historiami z pracy w aptece i z życia swojej rodziny.

Spis treści:

Komfort termiczny

Przedstawiamy fragment książki „Naturalna odporność. Radzi Matka Aptekarka” Any Krysiewicz, którą HelloMama objęło swoim patronatem medialnym. 

Układ odpornościowy zdecydowanie lepiej pracuje, gdy człowiekowi jest chłodniej niż za ciepło. Zachowuje się wtedy niczym armia żołnierzy, którzy są supersprawni fizycznie, stale trenują, żeby tę formę utrzymać, no i są zawsze gotowi do walki. Gdy do organizmu dziecka próbuje przedostać się jakiś patogen, układ immunologiczny momentalnie zbiera swoje wojsko i przystępuje do unicestwienia przeciwnika. Są jednak sytuacje, że tak się nie dzieje, bo organizm jest zajęty czymś innym, na przykład ogrzewaniem i utrzymywaniem stałej, bardzo wysokiej temperatury całego ciała, do której jest przyzwyczajony. Albo układ odpornościowy tak rzadko ma kontakt z obcą florą bakteryjną, że nie jest w ogóle stymulowany i właściwie zachowuje się niczym niedźwiadek, który może sobie pozwolić na półroczny sen. Jednak w momencie, gdy na horyzoncie pojawi się jakiś wirus lub bakteria i zechce zaatakować, organizmowi pozostaje jedynie chwilowa panika i szybka kapitulacja. To pozwala chorobie rozwijać się w najlepsze. Wracając do komfortu termicznego, chciałam opowiedzieć wam kolejną historię ze swojej pracy. Mam ich w zanadrzu trochę i chętnie się nimi dzielę, tak ku przestrodze, bo mimo że – jak mówi przysłowie – człowiek najlepiej uczy się na błędach, to jednak lepiej uczyć się na błędach cudzych niż własnych.

Gdy Antosia skończyła rok, rozpoczęłam pracę w aptece na dużym nowym osiedlu w Warszawie. Jego mieszkańcami byli w zdecydowanej większości ludzie młodzi, rodziny z małymi dziećmi lub rodzice spodziewający się pociechy. To taki typ apteki, gdzie główny asortyment stanowiły lekarstwa w postaci pediatrycznej (syropy, krople, maści), wyroby medyczne, suplementy i kosmetyki dla dzieci. No i ci młodzi, wykształceni, zadbani, prowadzący dobrze prosperujące firmy ludzie mieli jeszcze jedną wspólną cechę: w ich domach panowała temperatura około dwudziestu pięciu, dwudziestu siedmiu stopni. Początkowo myślałam, że to pomyłka, że ktoś źle odczytał temperaturę, ale z biegiem kolejnych tygodni okazało się, że to była prawda. Za każdym razem pytałam z niedowierzaniem: „Dlaczego musi być aż tak ciepło?”. Odpowiedzi bywały różne:

  • bo się tak przyzwyczailiśmy,
  • bo lubimy chodzić w krótkim rękawku po mieszkaniu,
  • bo dzieci mają zimne rączki,
  • bo nie chcemy, żeby dziecko się przeziębiło,
  • bo w moim domu rodzinnym tak było,
  • bo lubię ciepło.

Jednocześnie w aptece bardzo często pojawiali się ci sami ciepłolubni rodzice, prosząc o coś na katar, chrypę czy na kaszel u swojego dziecka. Z wieloma z nich zdążyłam się dobrze poznać, bo przychodzili bardzo często, bynajmniej nie na pogaduszki (choć na pogaduszki również), tylko po kolejne leki, suplementy i porady. Serio, myślę, że tamtejsze maluchy chorowały zdecydowanie częściej niż statystyczne dzieci. Po paru miesiącach pracy na tym osiedlu wiedziałam już, o co chodzi i skąd tak częste przeziębienia. Otóż kiedy w pomieszczeniu panuje wysoka temperatura, powietrze robi się bardzo suche. Gdy jest sucho, nasze śluzówki, które są wrotami zakażeń, zamiast nas chronić, tracą swoją funkcję i łatwiej przepuszczają drobnoustroje. Ponadto w nocy właśnie przez to suche powietrze dzieci zaczynały chrapać, spać z otwartą buzią, pojawiały się katar i kaszel, a to wszystko wybudzało malucha i robiło się błędne koło. Bo niewyspany kilkulatek jest w ciągu dnia zmęczony i marudny. I trudno się temu dziwić. Poza tym w miesiącach od jesieni do wiosny te rodziny niemal cały wolny czas spędzały w domu. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że według nich nigdy nie było dobrej pogody na spacer, przejażdżkę rowerami, hulajnogę czy plac zabaw. Wiecie, jaka jest typowa pogoda w Polsce: raz deszcz, innym razem wiatr, słońca nie za wiele – i tak ciągle „coś”. Po drugie według tych rodziców niemal każde wyjście na dwór kończyło się infekcją u dziecka, woleli więc siedzieć w domu. Ci rodzice szukali przyczyny takiej chorowitości swoich dzieci. Chodzili z nimi po alergologach, otolaryngologach i innych specjalistach. Zastanawiali się nad podcięciem trzeciego migdałka, drenażem uszu, odczulaniem, a nawet drogimi kuracjami immunologicznymi.

W rzeczywistości prawdziwym, podstawowym problemem było zupełnie coś innego. Chodziło tu o przyzwyczajenie organizmu dziecka do wysokich temperatur. Bo to jest tak, że jak organizm musi się skupiać na utrzymywaniu ciepłoty ciała, do której jest przyzwyczajony, to, wychodząc na dwór, zamiast walczyć z patogenami walczy o utrzymanie temperatury ciała na odpowiednim poziomie, do jakiego przywykł. Niemal zero obrony przed wirusami i bakteriami, tylko skupienie na stałej produkcji energii, aby ogrzać organizm. Nic więc dziwnego, że dzieci te częściej się przeziębiały, a rodzice mniej chętnie pozwalali im wychodzić na dwór. W ten sposób powstało błędne koło, które można było przerwać tylko poprzez zmianę nawyków.

Zobaczcie, zupełnie inaczej ma się sprawa, kiedy organizm dziecka jest raczej chłodzony niż przegrzewany. Takie dziecko ma układ odpornościowy wytrenowany i zawsze gotowy na ochronę organizmu przed patogenami. U mnie w domu, od kiedy w sypialniach w nocy panuje temperatura około siedemnastu–dziewiętnastu stopni, a wilgotność utrzymuje się w przedziale 50–55 proc., dziewczynki dobrze śpią, nie chrapią, nie mają obrzękniętego nosa, nie budzą się z katarem i nie kaszlą w nocy. Wiem, że dla wielu osób temperatura poniżej dwudziestu stopni to wręcz zamrażanie dzieci. Tak też mówi czasem moja mama. Ale gdy widzi różnicę w śnie mojej starszej córki, wie, że postępuję dobrze. A jak było w naszym poprzednim mieszkaniu? Nie mieliśmy zupełnie wpływu na temperaturę. Kaloryfery były wyłączone, a i tak było gorąco, panowała temperatura około dwudziestu czterech stopni. Jedynym sposobem na regulowanie temperatury było otwieranie okien.

Przez ostatnie trzy miesiące ciąży z Tosią miałam wiecznie zatkany nos, nie mogłam normalnie od­dychać. Zużyłam hektolitry sprayu obkurczającego błony śluzowe. Niestety pomagał on na krótko, bo czynnik powodujący problemy ciągle był w powietrzu. Gdy pojawiła się Tosia, problemy zaczęły się także u niej. Często budziła się w nocy, chrapała i wiecznie miała katar. Od kiedy mieszkamy w nowym mieszkaniu, Tosia śpi ciurkiem dziesięć–jedenaście godzin, nie chrapie, nie oddycha buzią, nie ma kataru ani kaszlu. Pamiętajcie, że do wszystkiego można się przyzwyczaić, do niższych temperatur także. Tylko nie róbcie tego gwałtownie, temperaturę obniżajcie stopniowo, o pół stopnia, stopień co parę tygodni, tak żeby organizm się przyzwyczaił. Jak to zrobić, przeczytacie kilka kartek dalej.

Optymalna temperatura

Optymalna temperatura to taka, kiedy dziecko ma ciepły kark i nie jest spocone. Ale jak zapytacie, ile to dokładnie stopni, to powiem – to zależy. Zależy od konkretnej osoby. Każdy jest inny i każdy temperaturę odczuwa inaczej. Niemniej jednak, jeśli przyzwyczaicie dziecko od małego do temperatury w okolicach dwudziestu siedmiu stopni, to poza słabszą odpornością będzie mu dużo trudniej się zaaklimatyzować w miejscach o niższej temperaturze. Czyli wszędzie poza domem przez dziesięć miesięcy w roku.

Jak ubrać dziecko na każdą pogodę?

Zacznę od tego, że trudno określić to konkretnie, tzn. że jeśli np. jest piętnaście stopni, to ubieramy dziecko w body z krótkim rękawem, bluzeczkę z długim, długie spodenki i skarpetki, a jak jest pięć stopni, to dokładamy bluzę, kurtkę, czapkę, szalik i rękawiczki. Takich schematów nie ma. Dlaczego? Bo poza temperaturą, którą widzisz na termometrze, liczy się także to, czy jest wiatr, czy świeci słońce, czy pada deszcz, czy dziecko będzie jechało wózkiem, samochodem, czy na rowerze, a może będzie biegało za piłką itd. Moja rada jest taka, że jeśli się wahasz, to tak jak już wspominałam wcześniej – lepiej dziecko ubrać odrobinę za lekko, niż przegrzać, dlatego lepiej od razu włożyć jedną warstwę ubrania mniej niż więcej. Wiem od mam, że boją się rozebrać dziecko na podwórku, jak już się spoci. Strach o to, że je zawieje, jest zbyt duży. Dlatego lżejsze ubranie dziecka, a w trakcie pobytu na dworze ewentualnie dołożenie kolejnej warstwy wydaje się bezpieczniejsze.

Jeśli chodzi o ubieranie noworodków czy małych niemowląt, to obowiązuje zasada, że wkładamy dzieciom o jedną warstwę więcej niż dorosłemu, któremu jest tak akurat ciepło. Nie za zimno, nie za gorąco. I obserwujemy, sprawdzamy kark dziecka, ewentualnie zdejmujemy jedną warstwę lub dokładamy np. kocyk. W aptece mamy pytają, że jak zasada tej dodatkowej warstwy ma się do jesiennego/zimowego spaceru, kiedy niemowlę leży w wózku bez ruchu, a mama idzie. Otóż wbrew pozorom, dziecko, które leży w gondoli, nie marznie. Nawet jeśli nie ma postawionej budki i nie jest przykryte tą osłonką na górze, to w gondoli jest jakby ograniczona przestrzeń. Nie hula w niej wiatr, a wręcz można powiedzieć, że ciepło, które wydziela maluszek, zostaje w gondoli. Jest przez to cieplej. A kiedy zimą przykryjemy osłonką i postawimy budkę, to już w ogóle. Oczywiście jeśli na dworze temperatura przekracza dwadzieścia stopni, czyli jest taka, jaka powinna być w domu, to powyższa zasada nie obowiązuje – dodatkowej warstwy wtedy nie wkładamy.

Duże niemowlęta oraz starszaki zwykle ubieramy podobnie jak siebie. Zwykle, bo są wyjątki, np. jak wychodzimy z kilkulatkiem na dwór i ono sobie biega, orbituje wokół nas, gania po placu zabaw, gra w piłkę, jeździ na rowerku, a mama spokojnie idzie (no, chyba że uczycie dziecko jazdy na rowerze, to wtedy na pewno się zmęczycie, my tego doświadczyliśmy poprzedniej wiosny) albo stoi na placu zabaw przy zjeżdżalni, albo siedzi na ławce. Dzieciom, które są w ruchu, jest dużo cieplej, choć nam może się wydawać zupełnie inaczej. I w takiej sytuacji należy włożyć dziecku o jedną warstwę mniej niż sobie.

Nie dajcie sobie wmówić, że dziecko musi mieć czapkę w lecie czy ciepłą wiosną, bo inaczej je zawieje. Nie. I nie będzie miało z tego powodu zapalenia ucha. Uwierzcie. Większe jest ryzyko, że dziecko zachoruje z powodu przegrzania. Spoci się i wtedy może być problem. Nie powiem wam, od ilu stopni należy dziecku wkładać czapkę, bo czasem przy plus dziesięciu jest słonecznie, bezwietrznie, cieplutko, a czasem głowę urywa i jest po prostu zimno tak, że sami zakładacie czapkę. Podobnie jest ze skarpetkami. To, czy dziecku jest zimno, czy nie, sprawdzamy na karku, a nie na stopach czy dłoniach. Jeśli kark jest ciepły, to dziecko może biegać bez skarpetek, boso (oczywiście tam, gdzie jest bezpiecznie, nie ma szkła itd.). A w przypadku maluchów to już w ogóle – sami wiecie, jak dzieci lubią zdejmować skarpetki i mieć gołe, wolne stopy. I super, niech mają! A co zrobić, jeśli mama lub teściowa ciągle mówi o tej czapeczce? Są dwa wyjścia: albo grzecznie, ale stanowczo powiedzcie, że to wasze dziecko i to wy decydujecie, albo każcie jej samej włożyć czapkę i biegać po placu zabaw.

Zdrowa sypialnia

O zdrowym śnie pisałam już trochę podczas omawiania tematu snu, regeneracji i odpoczynku. Teraz chciałabym opisać dokładniej, jak powinna wyglądać sypialnia dziecka, aby miało ono szansę w nocy naprawdę wypocząć i zregenerować się przed kolejnym dniem biegania, szaleństw i łobuzowania. Musimy stworzyć mu ku temu sprzyjające warunki. Wszystko, co wam zaraz polecę, stosuję w swoim domu od lat. W dodatku od ponad pięciu, od kiedy jestem mamą, widzę, że świetnie działają, bo moje dziewczynki dobrze śpią w nocy i budzą się rano wypoczęte. Uwierzcie, że spanie w dwudziestu siedmiu stopniach przy 20 proc. wilgotności, gdy w pokoju jest duszno, bardziej męczy organizm dziecka, niż regeneruje. Dziecko budzi się rano spocone, jakby wyssano z niego połowę energii do życia.

Naturalna odporność Any Krysiewicz / mat. pras.